Obejrzałem kolejną zachwycającą kreację sztucznej inteligencji. Piękne obrazy, doskonały głos, starannie dobrane emocje. Wszystko na swoim miejscu. Taka kreacja AI potrafi być zaskakująco piękna. Obraz jest dopracowany, głos ciepły, emocje pozornie prawdziwe. A jednak wielu ludzi po kilku minutach zaczyna odczuwać pewien brak. Nie dlatego, że AI jest technicznie słabe, lecz dlatego, że wiemy, iż za tym głosem nie stoi człowiek z jego własnym losem, doświadczeniem, radościami i porażkami.
Kiedy słuchamy pieśni śpiewanej przez człowieka, słuchamy nie tylko dźwięku. Słuchamy również historii tego człowieka, nawet jeśli jej nie znamy. Wiemy, że ktoś naprawdę przeżył smutek, tęsknotę, miłość albo rozczarowanie. Każda nuta jest częścią czyjegoś życia. Sztuczna inteligencja może bardzo dobrze imitować emocje, ale sama ich nie przeżywa.
Nie znalazłem w tej kreacji nikogo bliskiego. To był świat ułudy, a nie świat rzeczywistego bólu, radości, tęsknoty czy nadziei. Świat znakomicie wykonanej imitacji. Można go podziwiać, można się nim zachwycać, ale trudno odnaleźć w nim człowieka.
Nie odrzucam takich dzieł dlatego, że są nieudane. Wręcz przeciwnie. Problem polega właśnie na ich perfekcji. Nie ma w nich ryzyka, wysiłku ani ceny, którą człowiek płaci za własną twórczość. Nie ma życiorysu ukrytego między słowami i nutami. Nie ma śladów porażek, zwątpień, błędów i zwycięstw.
Czy musimy już szukać ukojenia w sztucznej inteligencji? Myślę, że nie. Raczej żyjemy w czasach, w których coraz więcej ludzi próbuje zastępować brakujące relacje czymś łatwo dostępnym. Dawniej były to książki, później telewizja, następnie media społecznościowe. Dziś dołącza do nich AI. Może pomóc uporządkować myśli, może wygenerować piękny obraz, napisać wiersz albo stworzyć muzykę. Pozostaje jednak narzędziem. Nie zastąpi drugiego człowieka.
Paradoks: im doskonalsze stają się takie kreacje, tym bardziej zaczynamy doceniać ich niedoskonały ludzki odpowiednik. Fałszujący śpiewak na ulicy, staruszek grający na akordeonie, poeta recytujący własne wiersze drżącym głosem. Technicznie przegrywają z algorytmem. Emocjonalnie pozostają niedoścignieni.
Za każdym ich błędem stoi bowiem człowiek, a człowieczeństwa nie da się wygładzić żadnym programem.
Lekko fałszujący artysta mówi: „To jestem ja”. Każda niedoskonałość jest dowodem obecności konkretnego człowieka. Słuchając go, wiemy, że za głosem stoi ktoś, kto naprawdę kochał, cierpiał, przegrywał i marzył. Sztuczna inteligencja potrafi natomiast odtworzyć wzorzec ludzkich emocji. Coraz lepiej rozpoznaje ich formę, rytm i brzmienie. Potrafi stworzyć iluzję wzruszenia. Ale za jej głosem nie stoi żadne przeżyte życie.
AI tworzy piękne rzeczy. Ale piękne wydają nam się również rzeczy niedoskonałe. Właśnie dlatego, że stworzył je człowiek.
I właśnie dlatego bardziej przemawia do mnie głos Magdy Umer niż najdoskonalsza kreacja sztucznej inteligencji.
Nie dlatego, że śpiewa lepiej. Być może wręcz przeciwnie. Ale wiem, że za tym głosem stoi człowiek. Ktoś, kto przeżył własne radości, rozczarowania, nadzieje i straty. Słucham więc nie tylko pieśni. Słucham także ludzkiego losu.
Tego algorytm nigdy mi nie da.
Dlatego wolę człowieka, który czasem fałszuje, niż maszynę, która nigdy się nie myli. Fałsz jest dowodem obecności człowieka. Doskonałość algorytmu bywa jedynie dowodem sprawności maszyny.
A złoto, choć można je bardzo wiernie naśladować, pozostaje złotem tylko wtedy, gdy jest prawdziwe. Podobnie jest ze sztuką. Można stworzyć jej coraz doskonalszą imitację, lecz żadna imitacja nie zastąpi człowieka, który naprawdę miał coś do powiedzenia.


Komentarze
Pokaż komentarze