Jakiś czas temu pisałem o tym czego spodziewałem się po tzw. "Akcji Krzyż". W skrócie - oczekiwałem krwi i igrzysk. Co zaś dostałem? A jajco. Bo nagle okazało się, że policjantów udało się skrzyknąć aż sześciuset. Imponująca liczba, biorąc pod uwagę fakt, że warszawska komenda dowiedziała się o poniedziałkowej manifestacji dopiero w weekend. Skończyło się na tym, że aresztowano tylko jakichś tam paru pijanych pieniaczy. Szkoda. Cóż, jaki Cezar, takie igrzyska.
Najwyraźniej Tusk zdał sobie sprawę, jak niekorzystne te ewentualne igrzyska mogłyby być dla pani Gonkiewicz-Waltz. Całkiem słusznie zresztą, bo gdyby doszło do zamieszek winą za złe zabezpieczenie manifestacji obarczono by przecież panią prezydent. Widać, pani prezydent nie jest pionkiem, którego miłościwie nam panujący premier gotów byłby poświęcić. Ot, pokaz wewnątrzpartyjnej hierarchii.
Jednocześnie partyjna centrala zzrozumiała, że dalsze przeciąganie sytuacji patowej pod pałacem, ze zwykłej zasłony dymnej może się przerodzić w trujący czad. Dlatego też w końcu zastępy Rydzyka usunięto (chytrym podstępem o zabezpieczeniu pirotechnicznym pałacu przed nadchodzącym świętem), a kancelaria zamówiła tablicę pamiątkową, która posłuży za tarczę przeciwko religijnym fanatykom, gdy krzyż zostanie ukradniem przeniesiony którejś nocy. "No, jak to? Przecież upamiętniliśmy poległych. O, macie tablicę". Proste? Pewnie, że tak.
Dziwi mnie tylko, że PiS dał się na tak prosty fortel złapać, zamiast wykorzystać okazję i ostrzelać rząd (słusznymi zresztą) pytaniami o stan państwowych finansów i ewentualne plany z nimi związane. Tak wytrawny gracz, jak Jarosław Kaczyński, dał się niczym dziecko wmanewrować w przepychankę pod pałacem, tym samym udowadniając (lub potwierdzając własne słowa, jak kto woli), że teraz zostało mu już tylko wyjaśnienie Smoleńska. Innymi słowy, Kaczyńskiemu obojętne stało się państwo polskie i los jego obywateli. Ważniejsza jest komisja Macierewicza i kawał drewna pod pałacem, niż to co PO wyczynia z polskimi finansami.
W moim przekonaniu, jest to dowód na to, że Kaczyński się już do polityki po prostu nie nadaje. Stracił on zdolność chłodnej kalkulacji, stracił wyrachowanie, a zyskał zacietrzewienie równe temu, z którym tropił swego czasu Układ. Ba! większe nawet, bo podczas kampanii posunął się nawet do puszczania oczka do zmarginalizowanych obecnie postkomunistów. Władza sama w sobie nigdy nie powinna być celem. Powinna być narzędziem, dzięki któremu można dbać o dobro państwa. Jeśli Kaczyński uważa, że na chwilę obecną dobro państwa, to wyjaśńienie okoliczności katastrofy z 10 kwietnia, to ja dziękuję za takiego polityka. Owszem, sprawa powinna być wyjaśniona, ale nie kosztem ignoracji wobec tragicznych posunięć obecnego rządu. Zresztą, jak pisałem w ostatnim wpisie, osobiście uważam, że sprawa się już nie wyjaśni, więc wszelkiedo rodzaju śledztwa to, w moim przekonaniu, tylko bicie piany i dawanie upustu (całkowicie uzasadnionej, trzeba przyznać) złości.
Z drugiej strony, mam dylemat. Bo choć Kaczyński rzeczywiście do rządzenia się nie nadaje, to stanowi on swego rodzaju kulę u nogi Tuska. Niby można z nią chodzić, ale chodzi się wolniej i strasznie to męczy. A akurat nie życzyłbym sobie, aby Tusk sobie mógł wesoło hasać po polskim państwie.
Więc jak być powinno? Otóż moim zdaniem, czego Kaczyńskiemu serdecznie życzę, PiS nadchodzące wybory powinien minimalnie przegrać i czekać, aż PO samo się pograży i straci władzę. Następnie PiS powinien się rozpaść na pół, a połówkami powinii się zająć Migalski i Ziobro. PO pozbawione poparcia obywateli i rozczłonkowany PiS bez Kaczyńskiego... Dopiero taka sytuacja daje jakiekolwiek szanse ugrupowaniom, które z tym krajem rzeczywiście mogą coś dobrego zrobić. W PO i PiS dawno już wierzyć przestałem. Bo jest to wybór pomiędzy biernością i nieudolnością, a ignorancją i zacietrzewieniem.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)