W ostatnim wpisie poruszyłem kwestę rozłamu w PiS-ie. Pisałem (i nadal tak uważam), iż partia powinna się rozpołowić, a połówkami zająć się winni panowie Migalski i Ziobro.
Dlaczego Ziobro? To jasne. Dla PiS-owskiego betonu to jedyna rozpoznawalna i akceptowalna twarz. Tylko Ziobro byłby w stanie skupić wokół siebie wyborców o konserwatywno-scojalistycznych poglądach równie skutecznie, jak sam Kaczyński.
Dlaczego zaś Migalski? Otóż, proszę państwa, Migalski... Może po kolei. Zacznijmy może od wczorajszego listu ostwartego. Nie zgadzam się z opinią pana Warzechy, jakoby list Migalskiego jest rozpaczliwą próbą ratowania partii, że jest szczery i prawdziwy, i że Kaczyński powinien dobrych rad posłuchać. Nie zgadzam się również z Kataryną. Ona z kolei twierdzi, że Migalski zamierza zmobilizować knujące po partyjnych piwnicach szczury i odsunąć Kaczyńskiego od funkcji prezesa.
Moim zdaniem i Kataryna, i Łukasz Warzecha wykluczają chyba najbardziej oczywistą ewentualność. Otóż, moim zdaniem, Migalski po prostu okazał się być szachistą. Nie wydaje mi się, aby był zainteresowany wskuraniem jakichś natychmiastowych zmian. Bo i po co? Obalanie Kaczyńskiego jest bezsensowne, bo po Jarku cały elektorat odziedziczyć ma szansę tylko ktoś taki, jak Ziobro. Migalski zaś nie sprawia wrażenia idioty, który próbowałby wejść w Ziobry skórę. Szeryf jest przecież tylko jeden. Równie naiwne (proszę mi wybaczyć panie Łukaszu, ale takie właśnie) zdaje się być wierzenie w szczerość intencji Migalskiego. Rozumiem, że z Kaczyńskim ciężko się rozmawia, że to gość, który na krytykę jest niemal tak samo odporny, jak Szechter. Toż to wiedza powszechna, że Jarek ma cholernie trudny charakter. Migalski musiałby być niezłym ciemniakiem, by tego nie zauważyć. Tak więc pytam - czego oczekuje pan Migalski? Jak pan sądzi, panie Łukaszu? Naprawdę uważa pan, że Kaczyński weźmie sobie do serca krytykę zaserwowaną mu w formie listu otwartego? Nie? Myślę, że Migalski również tak nie myśli.
Przepraszam jednak za dygresję. Wspomniałem, że Migalski okazał się być szachistą. Szachista, proszę państwa, to ktoś taki, kto myśli kilka ruchów naprzód. Myślę, że list pana Migalskiego jest w gruncie rzeczy posunięciem, które ma przekalibrować rozstawienie pionków na politycznej szachownicy i przygotować polę do nieco poważniejszej zagrywki, niż krytykowanie Kaczyńskiego. Migalski ma okazję zebrać wokół siebie wystarczająco wielu ludzi, by stworzyć w miarę liczącą się partię. Gdy PiS pójdzie w drzazgi, a Ziobro przejmie stery nad partyjnym betonem, do Migalskiego pierzchną wszyscy centrujący (np. Poncyliusz czy Kluzik-Rostowska). Ziobro zostanie ze swoim pewnym, żelaznym elektoratem, podczas gdy Migalski będzie miał okazję stanąć w szranki z Napieralskim o centrowy elektorat PO, który zacznie (wkrótce, bardzo wkrótce) się od jedynie słusznej partii w końcu odwracać. Tak to moim zdaniem będzie wyglądało. Wbrew przekonaniom wielu, myślę że pluralizacja w polskiej polityce nie jest czymś trwałym. PO i PiS mają coraz większe problemy z utrzymaniem tej dwubiegunowości. Nie dziwota więc, że niektórzy zaczynają wybiegać myślami poza tą dwupartyjną rzeczywistość. Migalski zresztą, nie jest w takim myśleniu odosobniony, bo i Palikot zdaje się już rozważać swoją przyszłość w oderwaniu od Tuska. Dwa kolosy runą, a próżnia będzie na tyle spora, żeby szansę dać nawet i Migalskiemu, który jakimś wybitnym politykiem znowu nie jest.
Tak się tu bawię w proroka, ale co bystrzejszy czytelnik zauważył już pewnie, że nie biorę pod uwagę trzech ewentualności.
A co jeśli Kaczyński nie da się wysiudłać Ziobrze? A nic. Bo na dłuższą metę nie ma to praktycznie żadnego znaczenia, jako że obaj panowie reprezentują ten sam elektorat, mają podobną wizję przyszłości Polski i uprawiają politykę w podobny sposób. Powiadam zatem - Kaczyński czy Ziobro, wszystko jedno.
No tak, a co jeśli PiS wygra nadchodzące wybory? Przecież wtedy nie będzie mogło być mowy o jakimkolwiek rozpadzie w PiS-ie. No i tu, proszę państwa, nic mądręgo nie powiem, bo w rzeczywiście jest to (w miarę) realny scenariusz. Scenariusz, który jednak nie chciałbym aby się sprawdził. Bo mielibyśmy powtórkę z 2007-ego, a teraz Polsce mogłoby to poważnie zaszkodzić. Jest wiele spraw, którymi trzeba się zająć, a ciężko komukolwiek pracować, gdy cały podryguje w anty-kaczej histerii. A histeria by przecież była. Potomstwo Szechtera przecież nie śpi.
No i jest trzecia opcja - ta którą rozważa pan Ziemkiewicz. Otóż Kaczyński (zdaniem Ziemkiewicza) nie pragnie już wygranej w wyborach, bo zdał sobie sprawę, że nawet wtedy obowiązkowi koalicjanci przeszkadzaliby mu w realizacji jego planów politycznych. Kaczyński miast dążyć do wygrania wyborów, dąży do delegalizacji obecnego rządu, obarczając tenże winą za tragedię pod Smoleńskiem. Nie wiem, czy tak jest w istocie, ale wierzę, że Ziemkiewicz zna Kaczyńskiego lepiej ode mnie i on prędzej wie, czego się po Jarku spodziewać. Dlatego też, choć to teoria dość kontrowersyjna, zakładam na razie, że ma ona jakieś ręce i nogi.
Jak widać, te trzy opcje wydają się mało prawdopodobne. Migalski po prostu obstawia scenariusz, który przedstawiłem nieco wyżej, a który i mi zdaje się być chyba najbardziej realny. Nie chodzi o jakieś tam szczere intencje czy obalanie Kaczyńskiego, lecz o przygotowanie sobie gruntu pod skok do próżni, która powstanie po załamaniu się PO i PiS-u. Pan Migalski takim listem daje wyraźny sygnał, że zaczyna szukać ludzi, którzy byliby gotowi wraz z nim zklecić jakąś partię. Jednocześnie stawia on Kaczyńskiego przed dość trudną decyzją. Jeśli Jarek znowu odburknie coś o niemoralnym zachowaniu, to jednoczęśnie będzie to oznaczało przyznanie się do wszystkiego, co Migalski mu zarzuca. Jeśli natomiast Kaczyński nie da się ponieść emocjom (w co, szczerze powiedziawszy, wątpię) i po prostu sprawę przemilczy, to będzie to przyzwolenie na dalsżą krytykę, ale tym razem być może ze strony Poncyliusza czy Kluzik-Rostowskiej. Tak źle, i tak niedobrze. I znów dziwi mnie, że Jarek nie przewidział sytuacji, tym bardziej, że Migalski już mu paluszkiem groził. Zamiast spacyfikować gościa od razu, Kaczyński podniósł rękawicę i wypiął się na przeciwnika. Nie docenił go, no to dostał nożem w plecy. Takie lekceważenie specyficznych dla (tfu!) demokracji sytuacji, zdaje się tylko potwierdzać tezę Ziemkiewicza. Cóż, czas pokaże, jak to będzie.
Podsumowując, Migalski wyczuł nadchodzące zmiany i szykuje sobie grunt pod utworzenie właśnej partii, kosztem przede wszystkim PiS-u, szykując się jednocześnie do walki o centrowy elektorat PO i SLD. Choć z drugiej strony...
Może to tylko ja widzę tu szachistę z bródką? Może Migalskiego po prostu przeceniam?



Komentarze
Pokaż komentarze (8)