Głośno ostatnio o Polskiej Partii Pięknych (tak sobie ze znajomym ochrzciliśmy dziwny twór, którym jest Ruch Poparcia Palikota). Gadają i gadają te gęby na ekranie. Palikot to, Palikot tamto, i wszyscy niemal publicyści z powagą rozmawiają, czy PPP ma szanse w nadchodzących wyborach, czy też ich nie ma. Interesujące, doprawdy.
Mnie zaś zastanawia, dlaczego nikt niemalże nie bierze pod uwagę czegoś zupełnie innego. Czegoś dość prawdopodobnego. Otóż, moim zdaniem, jest spora szansa, że PPP to tylko nibynóżka, która wyrosła przy politycznej amebie, jaką jest PO. Dlaczego nikt nie rozważa możliwości, że Palikot dostał odgórnie zadanie stworzyć partię marionetkową, która, po pierwsze, będzie gotowa na wybryki, które Platformie mogłyby zaszkodzić (np, laicyzacja państwa), a po drugie, skubnie elektorat Napieralskiemu, co pozwoli na oderwanie od ameby narośli, jaką jest PSL?
Ktoś spyta - no, ale jak to? Walczyć z Kościołem i nie walczyć jednocześnie? Odpowiadam - tak się robi z wyborcy głupka. Jeśli rzeczywiście PPP będzie partią marionetkową, to nigdy nie pójdzie to w eter. Do tego właśnie służą takie zabiegi, jak stawanie w szranki z biskupami. Z jednej strony taka ostentacyjna walka z religią przyciągnie młodych lewicowców (Ci starzy z Kościołem wolą się jednak układać), z drugiej, jest to bój, którego się nie wygra, czyli wielki pic, W tym samym czasie Tusk będzie krytykował PPP i tekturową tarczą (bo i po co od razu wyciągać drewnianą czy metalową) zasłaniał duchowieństwo. I wilk syty, i owca cała, że tak rzucę wyświechtanym porzekadłem. Ameba nadal będzie lepem na lemingi, a nibynóżka zgarnie co nie co z lewej strony.
A co z tym Napieralskim? A jajco, bo Grzesia coś nie widać. Nie chciał się ze starą gwardią układać, to ma chłopaczyna za swoje. Graboś i Rogowski najwyraźniej pociągnęli za sznurki, poszli na wódkę z Dworakiem i sprawa załatwiona. W publicznej Grzesia nie ma. W przypadku prywatnych pewnie wystarczyła sama wódka. A w tym samym czasie Kalisz poszedł sobie na konwent PPP. Pięknie. A tak zupełnie poważnie, Napieralskiego mi szkoda, bo to chyba pierwszy gość z SLD, którego potrafiłem posłuchać pomimo mojej niechęci wobec tej partii. Niemniej, sytuacja zdaje się być jasna. Skoro Grzesio wszedł z konflikt ze starą gwardią, to w swym cyniźmie postara się ona, by doprowadzić do zdjęcia butnego kolegi ze stanowiska przewodniczącego partii. A to najłatwiej będzie uczynić, gdy partia pod przewodnictwem Napieralskiego zyska kiepski wynik w wyborach. Innymi słowy - macie tu, drodzy koledzy z PO, trochę głosów. Jakoś się nam odwdzięczycie. A my? My tylko chcemy wytrącić Grzesiowi stołek spod...
Wracając jednak do tematu. Powtórzę - dziwne mi się wydaje, że w mediach trąbi się tylko o tym, że z tymi czteroma procentami (czy ile tam Homo Homini Janeczkowi dało), to Palikot wielkiego sukcesu nie odniesie. A co jeśli on wcale nie ma odnieść wielkiego sukcesu? Wystarczy przecież mały, taki rozmiarów PSL-u, i już można samemu rządzić, choć na papierze partie będą dwie.
Ryzykowne dla Palikota? Pewnie. Bo jeśli się nie dostanie do parlamentu z tymi swoimi procentami, to będzie miał przekichane. Porażka wyborcza niejednego zmiotła z naszej sceny politycznej, choćby Krzaklewskiego, który z Palikotem troszkę mi się kojarzy. Dlaczego więc Janeczek się zdecydował na cały ten cyrk? Otóż, proszę państwa, okręt tonie. Na razie udaje się wybierać wodę wiadrami, ale co będzie jak dziura w kadłubie się powiększy? Trzeba budować szalupę. I taką właśnie szalupą dla Palikota jest, w moim przekonaniu, PPP. Gdy PO padnie (a padnie już niedługo, choć pewnie nie w tych wyborach), wyborcy będą potrzebowali alternatywy. PiS się nie nada, bo to też tonący okręt (Migalski już prysnął, choć wpław, bez szalupy). Dlatego też Palikot, pomimo ryzyka, zgodził się na tą całą błazenadę, bo dzięki niej może nie pójść na dno. A czy Tuska do szalupy zabierze? Wątpię. Po co brać ze sobą kapitana, skoro samemu można nim zostać. Zresztą, ja bym podziękował za takiego pasażera, który to dziury w kadłubie wybija. Może i wodę dobrze wybiera, ale jednak...
Na koniec jeszcze dwie sprawy. Pierwsza - nie twierdzę, że jest tak, jak sobie tu piszę. To tylko gdybanie, rozważanie ewentualności, której niemal nikt zdaje się nie rozważać. Po drugie - kilka słów wyjaśnienia, dlaczego Polska Partia Pięknych. To co żeśmy ze znajomym, tak po prostu, przy kielichu, wymyślili dla czystej kpiny, następnego dnia jednak uznałem za nazwę idealną na określenie tego tworu. Dość cyniczna, przyznaję, bo Palikot urodą nie grzeszy (podobnie Wojewódzki, Kalisz czy Kutz). Niemniej, idealna na zastępstwo mdłego Ruchu Poparcia, który w istocie rzeczy przypomina mi w swych działaniach gwiazdki i gwiazdeczki. Podobnie, jak w showbiznesie, i tu się wszyscy wdzięczą przed brukowcami i gadają, za przeproszeniem, o pierdołach, a nie o grze aktorskiej czy o polityce. I tak, jak taka gwiazdeczka nie potrafi dobrze grać, tak Palikot nie jest dobrym politykiem; oboje więc muszą żyć z dokładnie wyreżyserowanych skandali. Tego typu osób nie traktuje się poważnie. Nie wolno ich traktować poważnie. Mierny aktorzyna dostanie Złote Maliny, mierny polityk zaś może liczyć, że będę z niego kpił i drwił. Co, na koniec, i innym polecam.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)