Najpierw mała polemika. Pan Tomasz Siemieński zaszczycił mnie celną uwagą w post scriptum do swego wczorajszego postu o tym, jak Francja widzi rozszerzanie UE. Miał z kolei na myśli moją futurystyczną wizję w poście sobotnim:
Dobiegają końca najtrudniejsze w dziejach UE rozmowy o przyjęciu Turcji. Media we Francji zajęte są czymś innym: w średnim miasteczku w okolicach Toulonu doszło do pierwszej w kraju zmiany nazwy ulicy - Avenue Jean Jaures została zastąpiona przez Chausse de Mahomet. Specjaliści od teorii gier głosowania alarmują, że jeśli nie będzie zmian w Traktacie, to w 2025 roku spodziewać się można wprowadzenia w całej UE prawa koranicznego...
Replika T.S.: Interesujace jest, ze ta kataklizmiczna wizja ma sie spelnic, zdaniem Krzysztofa Leskiego, wlasnie we Francji, czyli w kraju, ktory: po pierwsze, nie chce Turcji w Europie, po drugie, poprzez swoja laickosc jest lepiej niz inne kraja chroniony przed tego typu pomyslami.
Z fachowcem kłócić się nie będę, ma rację. Lecz starczy, że Chausse de Mahomet zamienię na Boulevard de Mekka - i mój tekst się broni. Konstytucyjna laickość jest dochowana, a gdy przybysze z Afryki Północnej i dalszych byłych kolonii zdobędą we Francji większość, chętnie przyjmą, jak sądzę, nie tylko Turcję.
Ale nie dlatego odpowiadam na post T.S. Po prostu tytuł od lat kojarzy mi się całkiem jednoznacznie z dowcipem z serii Francuzi o Belgach. Trochę zabawnym.
Pan Dubois, drobny fabrykant z Brukseli, siedzi w salonie. Wchodzi syn.
- Tata, gdzie jest Turcja?
- Hm... dawaj mapę Brukseli.
Szukają, szukają. Nie ma Turcji!
- Dawaj mapę okolic Brukseli!
Szukają, szukają. Nie ma Turcji.
- Dawaj mapę Belgii! - woła nieco poirytowany pan Dubois. Szukają. Nie ma Turcji!
- Dziwne - mruczy pan Dubois. - A u mnie pracuje dwóch Turków i codziennie dojeżdżają na rowerach...


Komentarze
Pokaż komentarze (12)