Z niejakim rozbawieniem przeczytałem ostrzeżenia Piotrka Śmiłowicza, że koalicja szykuje "skok na samorządy". Nie skomentowałem na blogu Newsweeka, do bialog z głuchym mnie nie pociąga. Mam jednak parę istotnych uwag, które skreślę poniżej.
1. Tekst jest kolejnym dowodem tezy, iż w Polsce nie da się nigdy sensownie pogadać o ordynacjach wyborczych. Sensownie - czyli w oderwaniu od bieżącej polityki, od rachunków, kto na tym wygra dziś. Pamiętam zaś nie tak dawne czasy, gdy to Platformie zarzucano, że się JOWów boi, bo zyskałoby PiS.
2. Moja opinia o JOWach jest stała: można próbować ze świadomością wad i niebezpieczeństw. Ceną za duże prawdopodobieństwo wyłonienia stabilnej władzy jest ryzyko wręcz niebywałych wypaczeń woli wyborców.
3. Co zamierzają PO i PSL? Autor sugeruje, że wie: JOWy obowiązywałyby w gminach do 50 tysięcy mieszkańców i największych miastach. Ktoś łapie sens tej frazy? Przeciętna gmina ma 10 tys. mieszkańców.
4. Skąd fantastyczna teza, że ludowcy uzyskaliby zapewne pełnię władzy w tych pierwszych (czyli "gminach do 50 tys. mieszkańców")??
5. Gdzie jest jakaś treść w tym artykule - poza tym, czego nie rozumiem?
PS. Dziś także: OC Kalego oraz Viareggio płonęło - Polska spała.
Inne tematy w dziale Polityka