208 obserwujących
3086 notek
6040k odsłon
  140   0

Nie rozkaz, lecz machina

Oto moja wizja wypadków z 16 lipca 1975. Dodatek do poprzedniego postu. Próba rekonstrukcji - nie tej konkretnej tragedii, lecz działania systemu. Systemu zbrodniczego, opartego na groźbie śmierci.

Dionizy Bielański wystartował z łąki pod Krakowem. Nad Polską chyba podejrzeń nie wzbudził. Pół godziny - i znalazł się nad CSRS. Tu został wykryty. Lotnisko w Zylinie najpewniej zaalarmowało Warszawę i na wszelki wypadek wysłało za dwupłatowcem cztery odrzutowce: dwa myśliwce bojowe i dwa szkolne. Te pierwsze - naturalnie uzbrojone. Na razie miały pewnie próbować zmusić Polaka do lądowania. Wszak naruszył przestrzeń CSRS.

Czas był - do żelaznej kurtyny Polak miał jeszcze godzinę lotu. W parę minut meldunki dostały politbiura kompartii w Warszawie i Pradze, sowieckie dowództwo Układu Warszawskiego, może i Kreml. Gierek, władca PRL, i Jaruzelski - jego przyboczny do spraw wojny - nie mieli wątpliwości: zatrzymać za wszelką cenę. Jeśli nie wyląduje - zestrzelić.

Kolejne minuty: Sowieci i Praga przyjęły to do akceptującej wiadomości. Los Bielańskiego był przesądzony. Czechosłowackie dowództwo przekazało rozkazy na lotnisko w Żilinie. Może wraz z wytyczną, by czekać do ostatniej chwili, bo może Polak zrezygnuje. Gdy czechosłowacki MiG-21 otworzył ogień, Bielański miał do Austrii 8 km, czyli niespełna trzy minuty lotu. To troszkę dziwi, bo Austriacy nie mogli tego nie widzieć i tak dowiedział się Zachód.

Poza tym szczegółem - machina bloku sowieckiego zadziałała perfekcyjnie. Nie zawiódł ani jeden trybik. Wszyscy, od partyjnych notabli, poprzez wojskowych dowódców, po obsługę radarów w Żilinie i pilotów myśliwców. Każdy zrobił, co do niego "należało", choć było to ewidentnie sprzeczne z prawem i PRL, i CSRS, i postanowieniami Układu Warszawskiego. Zestrzelony został sojuszniczy, cywilny samolot!

Mahcina działała dalej - 14 lat, a nawet dłużej. Czeskie służby spreparowały zdjęcie spalonego samolotu w nietkniętym zbożu, komunistyczne media napisały o nieszczęśliwym wypadku. Żaden prokurator nie ośmielił się wszcząć śledztwa, nie mówiąc o postawieniu zarzutów. Sprawy nie było.

Vlastimil Navratil, pilot MiGa, twierdzi po latach, że wylądowawszy w Żilinie pytał, skąd taki rozkaz. W odpowiedzi miał usłyszeć coś o rozkazie Jaruzelskiego i "gorącej linii z Warszawą". Pieprzenie kotka! Nie było w sowietbloku takich obyczajów, bo być nie mogło. Byłyby zbyt niebezpieczne, pozbawiałyby politbiura totalnej kontroli, groziłyby erozją faktycznej zwierchności Kremla.

Jaruzelski najpewniej chciał zestrzelenia. Prosił o to, albo żądał. Ale rozkazu nie wydał. Najpierw musiał mieć zgodę obu swoich szefów: Edwarda Gierka i Iwana Jakubowskiego. Potem decyzję usłyszał Gustav Husak. Swojemu ministrowi obrony zlecił zapewne wydanie rozkazu.

Lista zbrodniarzy jest długa. Już wiem, że wielu z was uważa to za zupełnie nieistotne. W następnym poście napiszę, jak głęboko się mylicie. Ostrzegam - będzie bolało, ale sami chcieliście.

Lubię to! Skomentuj81 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale