Za oknem 5 stopni, jutro ma być to samo. Przynajmniej śniegu nie ma, jak w górach. Na starość przestaję lubić zimę, więc wracam do letnich wspomnień. Na naszej drodze ku słońcu stanął w tym roku najpierw Wrocław i postanowiliśmy mu ulec.
Przejazd przez miasto to niezmiennie udręka, ale spacer wywołuje wiele uczuć. Nie
da się ukryć, zwariowaliśmy na punkcie fotek rynku przez strugi wody z fontanny. Czy muszę dodawać, że wyszło mi najlepiej? ;) Następnie Wrocław chciał nas wzruszyć historią z 1997, zirytować bodaj trzema kwadransami
czekania na lody w pełnej ludzi przyrynkowej knajpce, wreszcie wzbudził - ale już głównie we mnie - zazdrość widokiem prawdziwie niskopodłogowych tramwajów. Do Warszawy pierwszy taki miał dotrzeć dopiero za miesiąc.
A dziś już wiem, że dotarł - i... zapewne wciąż jest czego zazdrościć Wrocławiowi.




Komentarze
Pokaż komentarze (23)