Niemiecka RTL odkryła, że liczni europosłowie pojawiają się w Strasburgu po to tylko, by podpisać listę obecności. Mając w ten sposób zagwarantowane 284 euro dziennej diety, natychmiast wracają do domu. Pamiętajmy, że ponadto, bez względu na obecność, dostają miesięcznie 2300 euro na własne wydatki, plus zwrot kosztów podróży, prowadzenia biur itd.
Wg Gazety Wyborczej jednym z głównych bohaterów reportażu RTL jest europoseł PO Tadeusz Zwiefka, który twierdzi, że nie czuje się winny, bo wszystko jest zgodne z regulaminem i obyczajami.
To prawda. Już w latach 90., długo przez wejściem do Unii postkomunistycznych beniaminków, europejskie media często donosiły o takim obyczaju. Tym bardziej dziwi, że nic się dotąd nie zmieniło. Choćby polski Sejm od dawna stosuje metodę bardziej skuteczną: wypłatę diety uzależnia od obecności na głosowaniach. Ponieważ te nie zawsze odbywają się w planowanym terminie, trudno wyjechać z Warszawy nie ryzykując utraty diety.
Medialnie problem poselskiej pracowitości stoi w Polsce na głowie. Dziennikarze uwielbiają się oburzać, że w takiej czy innej bardzo ważnej debacie uczestniczyło kilkunastu posłów. Debaty wszakże o niczym nie decydują, a regulamin jasno mówi, że obowiązkiem posła jest udział w głosowaniach oraz w pracach komisji. O debatach w sali plenarnej nie wspomina, i słusznie.
Polscy parlamentarzyści pod tym względem i tak pozytywnie wyróżniają się w Europie. Pamiętam oburzenie pewnego posła, który wrócił z wizyty we Włoszech. Po parlamencie oprowadzał go kolega z pokrewnej ideologicznie partii. Nagle, gdy podczas pytań do rządu popijali drinka w barze, ów Włoch zerknął na monitor i zawołał: Zaraz wracam!. Pojawił się na mównicy, wygłosił pytanie, właściwy minister jął na nie odpowiadać, ale ku zdziwieniu Polaka włoski poseł za moment był już znów w barze. Nie chcesz posłuchać ministra?, zdziwił się Polak, a Włoch odparł: A co mnie to obchodzi? Swoje zrobiłem, wyborcy widzieli.
Prawdziwej pracy parlamentarzystów wyborcy zwykle nie widzą, bo ta odbywa się w komisjach. Oczywiście nie każdy ma na to ochotę, nie każdy potrafi być przydatny, ale w demokracji chyba nie ma na to rady: ludzie i tak lubią głosować na tych wyszczekanych przed kamerami. Na szczęście jednak praca w komisjach jakoś się toczy i w Polsce, i w większości innych parlamentów narodowych.
Z europarlamentem gorzej. Pytanie, co z tym fantem zrobić? Zdyscyplinować europosłów? Byłoby bardzo trudno. Ograniczyć ich absurdalnie wysoką liczbę? Szlag trafiłby precyzyjnie negocjowane parytety, więc większość się na to nie zgodzi. Najprościej byłby zlikwidować całą instytucję, której rola jest nieadekwatna do kosztów - ale wszak to symbol unijnej demokracji...
Osobiście uważam, że tragedii nie ma: warto ponosić nawet koszty utrzymania gromady prawiedarmozjadów. Ale mam świadomość, że ta moja opinia zostanie tu rozstrzelana, bo trzeba dużej wiary w demokrację, by głosić taki pogląd. Może sprawę rozwiązałby GPS - tfu, co ja mówię, europejski Inquirer. Gdy już zadziała, starczy każdemu wszczepić mikronadajnik, a wyniki monitoringu publikować w necie. I niech ludzie decydują. Rysiowi Czarneckiemu na pewno by pasowało.
PS. Bardzo jestem ciekaw, jaka część komentarzy traktować będzie o Lechu Wałęsie. Czy ktoś podejmie się policzyć?


Komentarze
Pokaż komentarze (28)