34
BLOG
Leo Beenhakker i stan wojenny
Stanisław Kania ma trochę racji mówiąc, że akt oskarżenia jest wirtualny. Prokurator z IPN stanął bowiem przed zadaniem niemal niewykonalnym: znaleźć winnych decyzji podjętej w najzupełniej wirtualnej strukturze władzy PRL.Tak jak inne kraje komunistyczne, ówczesna Polska miała konstytucję całkiem podobną do zachodnich. Parlament stanowił prawo i powoływał rząd. Czasem też wybierał prezydenta - w Polsce kolegialnego i zwanego Radą Państwa. Tyle, że zwykły obywatel nie miał prawa zgłosić kandydata na posła. Mógł tylko zagłosować na tego, kogu podsunęła mu partia komunistyczna. Bo zrazu sowieckie bagnetu, a potem także konstytucje krajów bloku sowieckiego w ten czy inny sposób gwarantowały tym partiom "kierowniczą rolę".Faktyczna władza była więc w rękach partii. Prawdziwym rządem było liczące około tuzina prominentów biuro polityczne. Wybierał je kilkusetosobowy komitet centralny partii, ale nawet te wybory były fikcją - poza sporadycznymi wypadkami głębokich przesileń politycznych. Zazwyczaj delegaci do KC wiedzieli, kogo Moskwa widzi na fotelu I sekretarza i w politbiurze - i głosowali, jak przykazano.Gdy trzeba było zmienić prawo, biuro polityczne sporządzało projekt i wysyłało do parlamentu. Ten grzecznie ustawę uchwalał, a rada państwa równie grzecznie to podpisywała, bo była to jej jedyna rola, prócz noworocznych przemówień jej szefa w telewizji. Nie pamiętam żadnych przypadków niesubordynacji parlamentu wobec biura politycznego partii.Jednak po powstaniu Solidarności gen. Jaruzelski uznał, że nawet biuro polityczne nie jest dość zaufane. Wymyślił więc, że faktyczną władzę przejmie półlegalny, bo niekonstytucyjny i zupełnie nie do takich zadań przewidziany Komitet Obrony Kraju. KOK przygotował projekty nielegalnych (bo nie było zagrożenia inwazją NATO) dekretów o stanie wojennym, w wybranej chwili wezwał Radę Państwa i kazał jej nielegalnie, bo z pominięciem Sejmu, te dekrety podpisać. Sprzeciwił się jeden członek Rady, Ryszard Reiff, już niezyjący. Na mocy dekretów powstała najzupełniej nielegalna Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego i przez następne miesiące decydowała o losach i życiu Polaków.Wychowanym już w Rzeczpospolitej może się to nie mieścić w głowie. Oto więc przykład - ręczę - adekwatny. Wyobraźmy sobie, że nocą w Pałacu Prezydenckim spotykają się Lech Kaczyński i Donald Tusk. Wzywają do siebie Leo Beenhakkera i oznajmiają mu, że ze skutkiem natychmiastowym zostaje on mianowany Naczelnym Trenerem Reczpospolitej. Ma decydować o wszystkim - od wysokości podatków, poprzez programy szkolne, po zestaw piosenek, które wolno puszczać w radiu. Beenhakker się krzywi - Kaczyński i Tusk przystawiają ju pistolet do głowy. Gdy po dekadzie nastąpi antybeenhakkerowski przewrót - kogo sądzić? Parlament, że nie dopilnował? Tuska i Kaczyńskiego, którzy głoszą, że musieli, bo piłkarze Litwy stali już na granicy? Beenhakkera?Niemożliwe? Jasne. A wtedy było możliwe i wciąż słyszymy, że nawet konieczne. Zatem jeśli nawet oskarżeni w procesie o stan wojenny nie będą dość skutecznie przewlekać sprawy, jeśli nawet dożyją prawomocnego wyroku, to wątpliwe, czy będzie to wyrok skazujący. Bo konstrukcja aktu oskarżenia jest moim zdaniem niezbyt fortunna. Nie twierdzę, że umiałbym napisać go lepiej. Ale boję się, że oskarżeni będą bezczelnie dowodzić, że nieważne, czy zrobili to, co im się zarzuca - ważne, że nie leżało to w kompetencjach urzędu, który wtedy pełnili...


Komentarze
Pokaż komentarze (35)