Właściwie to kiepski temat do żartów, bo sprawa jest poważna. Dotąd na aplikację adwokacką dostawało się 40-50% zdających, w tym roku - 11%. Tak drastyczny spadek wiedzy kandydatów w grę nie wchodzi, czy zatem test był za trudny?
Zdaniem samorządu adwokackiego i opozycji - tak. Zdaniem rządu - nie. Spór zrobił się całkiem polityczny. Test zaś od paru godzin wisi na http://www.ms.gov.pl/, czyli każdy może sam się przekonać... Może? Może, albo i nie może.
Zajrzałem. Sprawdziłem. Z pierwszych 20 pytań zaliczyłem 14. Gdybym tak dotrwał do końca, oblałbym, bo próg był na poziomie 190 punktów z 250 pytań czyli 76%. Przyznaję, to ostry wymóg. Plus stres i płynący czas - poniżej minuty na pytanie. Przyznaję też, że sporo było szczegółowych pytań z bardzo różnych dziedzin prawa. Zapewne nie wszystko jest potrzebne dobremu adwokatowi, by radził sobie w sądzie. Choć sporo oczywiście musi mieć w głowie, bo na reakcję na proceduralne postanowienie sędziego może mieć kilka sekund i kodeksu nie przewertuje.
Z drugiej strony dla prawnika nie był to raczej test nie do przejścia. Nie będę tu przytaczał licznych prostych pytań ze sfery prawa konstytucyjnego i znajomości polskiej konstytucji, na które łatwo odpowie niejeden dziennikarz. Jako przykład pytania szczególnie trudnego PAP przytoczyła takie:
Zgodnie z Kodeksem postępowania karnego, terminy do wnoszenia środków zaskarżenia są:
A. instrukcyjne, B. zawite, C. prekluzyjne
To wie - i musi to wiedzieć - każdy adwokat, aplikant, ba, student I roku prawa. Nie chcę jednak wyciągać pochopnych wniosków. Za jakieś 20 minut będę na antenie PR I rozmawiał z mec. Stanisławem Rymarem. Niech on oceni, czy test był morderczy. Chciałbym też, jeśli starczy czasu, zapytać - cui bono? Komu - ministerstwu czy Naczelnej Radzie Adwokackiej - może bardziej zależeć na ograniczeniu liczby nowych adeptów w zawodzie?


Komentarze
Pokaż komentarze (33)