Gdy szef MSZ mówi A, zaś premier mówi B, gdy owo A jest sprzeczne z owym B, ale A zostało powiedziane na polecenie premiera... rozumiecie jeszcze coś z tego? Ja właśnie się zgubiłem, ale Donald Tusk i Radek Sikorski - chyba nie.
Dziwiłem się przedwczoraj, że Sikorski wycofał polski sprzeciw wobec wznowienia rozmów UE-Rosja. Dziś premier wyjaśnił, że polskie stanowisko nie zmieniło się.
Sikorski zachował się zgodnie z ustaleniami i z moim zaleceniem, rzekł Tusk, po czym długo wywodził, że skoro w poniedziałek w Brukseli ministrowie nie mieli o niczym decydować, jałowa demonstracja (sprzeciwu) byłaby bez sensu.
Premier oświadczył, że Polska nadal domaga się pełnego wycofania Rosji z Gruzji, po czym podkreślił, że przyszły układ partnerski UE-Rosja wymagać będzie zgody każdego członka Unii. Ergo, Polska użyje veta, gdy coś będzie nie tak.
Czy zatem jałowa, wspólna z Litwą demonstracja w poniedziałek nie byłaby bardziej logiczna? Bo widzi mi się, że przesłanie brzmi: jesteśmy za, a nawet przeciw.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)