Otóż dotąd sądziłem, że obowiązuje u nas kalendarz juliański. Jest wprawdzie kompletnie zakręcony, ale mimo to daje się podporządkować podstawowym regułom arytmetyki. Regułom, zgodnie z którymi prezydent Lech Kaczyński (o niego zdaje się chodzi), zaprzysiężony 23 grudnia 2005 roku bodajże jakoś około południa, sprawuje swą funkcję już 297 dni. Oznacza to (start->all progs->MS->accessories->calculator) 0.8137 roku, po zaokrągleniu do czwartego miejsca po przecinku.
Ale jak rok, to rok. 100 dni premiera Jarosława Kaczyńskiego też byłem zmuszony świętować wraz z całym tłumem mediów w 105. dniu urzędowania gabinetu - bo wszyscy jakoś zapomnieli, że zgodnie z konstytucją III RP, rząd IV RP urzęduje od chwili nominacji przez prezydenta, a nie dopiero po otrzymaniu votum zaufania Sejmu.
No to do adremu, bo jeszcze powiedzą, że robię unik. Jako drugi wicekrólik Salonu24 zachowam się jak zwierzę stadne i podsumuję tak: nie ma czego podsumowywać. Na razie jest we mnie jedna wielka obawa.
Otóż wielkie wrażenie zrobiło na mnie niedawne spotkanie Lecha K. z Donaldem T. Zamiast poplotkować jak kaczka z kaczorem lub odwrotnie, coś się panowie poprztykali. Potem Donald ogłosił, że od prezydenta usłyszał, iż w razie wyborczego zwycięstwa Platformy jej rząd będzie musiał rządzić przy pomocy rozporządzeń.
Różne hasełka liderów koalicji, jak to o gejach, dziennikarzach z układu, agentach w każdej szafie - spływają po mnie niczym po króliku. Pusty śmiech wstrząsa mną także, gdy słyszę, jakim to skandalem jest możliwość blokowania list w wyborach lokalnych. To wszystko nie są żadne realne zagrożenia dla demokracji.
Byłoby nim takie stanowisko prezydenta RP, jak to przytoczone przez Tuska. Dlatego z ustęsknieniem czekałem na dementi kancelarii. Nie doczekałem się i dlatego, bez względu na resztę, Lech Kaczyński na razie u mnie nie zaliczył.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)