Można wicepremiera Romana lubić, można go nie znosić. Można jego poglądy chwalić, lub ich nie trawić. Ale nie należy go nie doceniać. On wie, na czym polega ta gra, w której od paru lat bierze udział.
Między innymi gra ta polega na tym, by dobrze żyć z dziennikarzami. Bracia Kaczyńscy nigdy tego nie potrafili. Giertychowi wychodzi to coraz lepiej, choć równolegle posądza część mediów o wszysko, co najgorsze.
Oto przybywa na spotkanie u prezydenta w sprawie akt WSI. Nie beemą, jak Lepper, lecz piechotą. Zatrzymuje się, przez kilka minut odpowiada na pytania tak, by niewiele powiedzieć, ale żeby były z tego przyzwoite radiowe lub telewizyjne "setki".
Po dwóch godzinach spotkanie się kończy. Beema z Lepperem wyjeżdża, włącza syrenę, dziennikarze pierzchają na boki. Za chwilę idzie Giertych. Z rozluźnioną miną mówi, na czym polega zawarty u prezydenta kompromis: akta ujawniać będzie prezydent wraz z prezydium rządu, a szczegóły się dopracuje.
Pada pytanie o tragedię czternastolatki z Gdańska. W ułamku sekundy, jak doświadczony aktor, wicepremier zmienia nastrój, wyraz twarzy i timbre głosu, by zapowiedzieć surową karę dla sprawców upokorzenia dziewczyny.
Czy macie Państwo jeszcze jakieś pytania? Nie? To dziękuję, do zobaczenia - sylwetki Giertycha i dwóch ochroniarzy, z których jeden prawie dorównuje mu wzrostem, oddalają się. Lider Ligi zmierza spacerkiem na samorządową konwencję wyborczą partii trzy ulice dalej.
Giertych wiele się już nauczył i nadal uczy się szybko. Ci, którzy widzą w nim zagrożenie, niech dostrzegą najpierw, że to już przeciwnik poważny.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)