Oto wpis, jakiego nie znosicie, prawda? Bez argumentów natury ideologicznej czy emocjonalnej. Oparty na gołych faktach. Mówiący o tym, co stanowi prawo, i jakie są reguły arytmetyki.
W notce Zasypać metro pisałem niedawno o tym, jak skandalicznie budżet łupi Warszawę. O tym, że z każdej dychy podatków warszawiaków w budżecie miasta zostaje mniej więcej złotówka, i to już po uwzględnieniu wszelkich dotacji i subwencji. Pisałem, że świadczą o tym gołe liczby. Naturalnie natknąłem się na ostre kontry. A każda oparta na fałszywych założeniach.
Trudno, raz wyłożę rzecz w całości, choć w skrócie. Możesz tego nie czytać, ale nie twierdź potem, że nadal cały naród buduje swoją stolicę. Możesz mi nie wierzyć - sprawdź w Dzienniku Ustaw nr 203 z 2003 r., poz. 1966: Ustawa z dnia 13 listopada 2003 r. o dochodach jednostek samorządu terytorialnego, ogłoszona 29 listopada 2003 r. Zgodnie z art. 4 ustawy państwo łaskawie pozostawia gminom m.in.:
- podatki: od nieruchomości, rolny, leśny, od środków transportu, psów, spadków i darowizn, czynności cywilnoprawnych, oraz PIT na kartę podatkową (bliski likwidacji);
- opłaty: skarbowa, targowa, miejscowa, administracyjna, eksploatacyjna (wynikająca z prawa geologicznego i górniczego);
- niektóre kary i grzywny swoistą prowizję - 5% opłat za wykonanie zadań na rzecz administracji rządowej, np. za wydawanie paszportów.
W większości chodzi o drobne kwoty. Znaczące są mandaty za parkowanie, opłaty skarbowe i podatek od czynności cywilnoprawnych. Ale naprawdę wielkie pieniądze to, w kolejności wagi dla budżetu państwa, VAT, akcyza, PIT i CIT. Oto, co się z nimi dzieje w myśl artykułów 4, 5 i 6 ustawy:
- Państwo staje się pazerniejsze. Z VATu i akcyzy nie pozostawia samorządom ani grosza. Zabiera 100%.
- PIT dzieli tak: 39.45% dla gminy, 10.25% dla powiatu, 1.6% dla sejmiku wojewódzkiego, 48.7% do kasy państwa.
- CIT natomiast: 6.71% dla gminy, 1.4% dla powiatu, 15.9% dla województwa, 75.99% do kasy państwa.
Warszawa jest gminą i powiatem w jednym. Teoretycznie zachowuje więc 49.7% PIT i 8.11% CIT. OK, to dotyczy wszystkich. Haracz z Warszawy jest na razie kwotowo najwyższy, ale procentowo taki sam jak gdzie indziej.
Pojawia się więc janosikowe - pomysł poprzedniej koalicji SLD-PSL za rządu Leszka Millera, ale oprotestowany wtedy tylko przez Platformę. Zgodnie z art. 20 i następnymi gminy, powiaty i województwa, które mają dochody podatkowe wyższe niż średnia krajowa, część nadwyżki oddają uboższym rejonom.
Janosikowe dotyczy kilkudziesięciu miast w Polsce. Ale Warszawa płaci ponad dwa razy więcej niż następne w tabeli. Z tego tytułu miasto traci już ponad miliard złotych rocznie.
W ten sposób z każdej złotówki podatków warszawiaków (VAT, akcyza, PIT - CIT tu pomijam) w mieście zostaje jakieś 8 groszy. Dzięki hojności Sejmu, budżet oddaje Warszawie jakieś dwa grosze w formie dotacji i subwencji, w tym tych uważanych za "skandaliczne prezenty", np. na budowę metra.
Jakże często, także i w Salonie24 parę dni temu, spotykam się z zarzutem, że Warszawa żyje z CITu płaconego tutaj przez centrale firm, których zakłady produkcyjne są gdzie indziej.
Otóż po pierwsze, w swych rachunkach podatków placonych przez warszawiaków nie uwzględniam CITu. Po drugie, jak widać, w Warszawie zostaje teoretycznie 8% CITu. Po trzecie, zgodnie z art. 10 ustawy, w przypadku firm z oddziałami, holdingów itd. część CITu, proporcjonalna do liczby zatrudnionych, jest przekazywana do samorządów, na terenie których znajdują się oddziały. Radzę więc: najpierw czytać, potem pieprzyć.
Warszawie zabiera się "nadwyżkę", ale nie odlicza jej od danych statystycznych. Zatem przy przyznawaniu niektórych dotacji czy subwencji rządowych lub UE Warszawa jest pomijana jako zbyt bogata.
A to nie koniec. Według szacunków w Warszawie pracuje, mieszkając bez zameldowania lub dojeżdżając, 100 do 200 tys. ludzi. PIT płacą oczywiście nie w Warszawie, lecz w miejscu zameldowania.
Ale z infrastruktury miejskiej korzystają - i tu kończymy wątek ubytków w dochodach, by przejść do nadmiarowych wydatków miasta. Infrastruktura kosztuje, zwłaszcza komunikacja miejska. A Warszawa obsługuje nieproporcjonalnie dużo i gości codziennych, i pasażerów tranzytowych.
Wszelkie subwencje, jak oświatowa, przyznawane są wszystkim po równo, tzn. według liczby ludności. Nikt nie uwzględnia faktu, że w Warszawie przy średniej zarobków przewyższającej średnią krajową o ponad połowę, więcej trzeba też zapłacić np. nauczycielom. Miasto musi samo za to zapłacić. To samo dotyczy służby zdrowia.
Krocie kosztuje obsługa instytucji centralnych, a także ochrony i sprzątania po manifestacjach. Ale projekt przyznania Warszawie dotacji na funkcje stołeczne przepadł kiedyś w Sejmie już w I czytaniu.
Wpływ na to wszystko Warszawa ma żaden. Jej reprezentacja w parlamencie jest zaniżona w stosunku do liczby ludności, a wyniki wyborów wypaczone przez wliczanie w Warszawie głosów oddanych w lokalach poza krajem. Warszawka, tak pogardzana na prowincji, pochodzi przecież właśnie z wyboru prowincji. Warszawka nigdy nie zatroszczy się o los Warszawy, bo establishment warszawki walczy o głosy prowincji.
Jest jeszcze wątek historyczny. Na każdą wzmiankę o łupieniu Warszawy słyszę replikę, że kiedyś cały naród budował swoją stolicę.
Od 1945 do 1955 - owszem. Czy był to stalinowski wymysł? Albo warszawski? Nie - w tej akurat sprawie panował rodzaj narodowego consensusu, że pozostawienie Warszawy w ruinach byłoby zwycięstwem Hitlera zza grobu.
Po gomułkowskim okresie przejściowym nadszedł Gierek. Warszawie pozostawił Dworzec Centralny i Trasę Łazienkowską, ale dużo więcej budował na Śląsku. Z tych też czasów pochodzą np. hale sportowe: Spodek, Olivia, Arena... W Warszawie do dziś takiej nie ma.
Jaruzelski w latach 80. zrobił tylko jedno: zaczął budowę metra. Dawał na nią coraz mniej, a pierwsze rządy III RP go naśladowały. Aż około 1995 roku Warszawa została pierwszym na świecie miastem budującym metro z własnych pieniędzy. Ostatnio budżet stał się hojniejszy i znów pokrywa jedną piątą kosztów budowy.
Już nie wspomnę, gdzie są autostrady, a gdzie ich nie ma, za czyje pieniądze powstały obwodnice Krakowa czy Poznania i co myśli prowincja, gdy Warszawa prosi budżet państwa o częściowe finansowanie budowy obwodnicy stolicy.
Spójrzcie też na tramwaje i autobusy. Ponad połowę taboru w Warszawie wciąż stanowią 40-letnie tramwaje N-13 i oparte na konstrukcji z lat 60. Ikarusy 260 i 280. Nie ma w Polsce dużego ani średniego miasta z taką mizerią.
Użycie argumentów niestety wymaga miejsca. Niewielu z Was dotarło aż tutaj, prawda? A reszta jest wciąż przekonana, że to Warszawa okrada prowincję.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)