Po naradzie z kuratorami i ekspertami minister edukacji ogłosił zarys programu Zero tolerancji. W skrócie:
- żadnych reform strukturalnych (gimnazja pozostaną, tworzenie klas męskich lub żeńskich dozwolone, ale nie zalecane)
- list do wszystkich nauczycieli zwróci ich uwagę na bezpieczeństwo uczniów
- wzrosną kompetencje dyrektorów szkół w sprawie dyscypliny
- minister zaproponuje Sejmowi przywrócenie bezwzględnego zakazu rozpowszechniania pornografii.
Cały program wicepremier ma ogłosić w piątek w gdańskim gimnazjum.
Każdego chyba dziennikarza - i mnie też - kusi w tym miejscu, by ironicznie orzec: działania pozorne. Czy na pewno?
Każda władza na świecie, także ta demokratycznie wybierana, sięga w takich sytuacjach po pokazówki. Po trzęsieniu ziemi czy powodzi kto żyw - prezydent, premier, król czy cesarz - jedzie na miejsce kataklizmu. Czy ma to znaczenie praktyczne? Ani cienia. Gest tako rzadko jednak bywa krytykowany - a jeśli już, to dlatego, że za późno, bo np. nazajutrz.
W obliczu absurdalnej tragedii, jak w gdańskim gimnazjum, chyba każdy minister edukacji - z PiSu, PO czy SLD - zrobiłby to samo co Giertych, może tylko nieco inaczej rozkładając akcenty.
Albowiem opinia publiczna w swej większości nie krytykuje działań pozornych. Nie wybacza natomiast władzy bezczynności. Giertych nie miał więc wyjścia. Świadomie czy nie - wybrał pokazówkę, bo nie miał alternatywy.
Nikt w parę minut, ani w parę lat, nie zmieni samoświadomości paru milionów nastolatków. Ale nie wydaje się, by wnioski z narady mogły komuś zaszkodzić. A jeśli choć trochę poprawią sytuację - to tym lepiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)