Z PeeReLu wyniosłem pogardę dla konsultacji, zwłaszcza społecznych. Zdania nie zmieniałem, gdy to i owo konsultowały ze społeczeństwem kolejne rządy III RP. I nie zmieniam, gdy przed decyzją w sprawie noweli ustawy lustracyjnel konsultacje prowadzi prezydent Lech Kaczyński.
Te ostatnie są jednak ciekawe, bo przynajmniej na razie jestem nieco zaskoczony ich wynikami. Veto otwarcie zalecał we wtorek Kaczyńskiemu Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu z nadania PiSu. Dziś kolejna niespodzianka - także dlatego, że w ogóle coś się zdarzyło.
Na briefing do pałacu prezydenckiego jechałem z poczuciem, że trzeba będzie odbębnić lajfa o treści zerowej. Prezydent nas nie zaszczyci, a cóż mogą wnieść do dyskusji dwaj dzisiejsi goście prezydenta - szefowie oddziałów IPN w Gdańsku i Szczecinie? Dlaczego właśnie stamtąd? Bo wczoraj były tam największe śnieżyce? A dziś najbardziej sypało w Krakowie...
W sporej sali garstka dziennikarzy - dyżurny zestaw medialny: PAP i IAR, TVP i TVN24, RMF i Zetka. A naprzeciwko stanęli Edmund Krassowski i Kazimierz Wóycicki. Szkoda, że nie zajrzałem wcześniej do PAPowskiej zapowiedzi (w której zresztą nazwisko pierwszego widnieje z jednym "s", drugiego - z "j" zamiast "y").
Szef Kancelarii pospieszył z wyjaśnieniem, że prezydent zaprosił tych dwóch nie tylko z powodu ich funkcji, ale zwłaszcza ich życiorysów w PeeReLowskiej opozycji. Nie rozwinął tej myśli, co wywołało we mnie refleksję-dygresję.
Jestem z innej epoki, mój czas się kończy, rej na szkle przejmują ludzie bez żadnego PeeReLowskiego bagażu. Ale czasem ta ich przewaga znika. Skąd mieliby znać dzieje Krassowskiego i Wóycickiego? Wiedzieć, jak bardzo byli podobni i różni zarazem? Ile ich ostatnio dzieliło?
Wóycicki, piewca rozwagi, wyszedł ze środowiska KIKowskiego, trwał potem przy Mazowieckim, UD i UW. Krassowski, wieczny radykał wychowany przez podziemną Solidaność, po 1989 r. związał się z PC braci Kaczyńskich.
Dziś mówią jednym głosem, że zmiany w lustracji to pomyłka. Powiadają, że ustawa była formą zadośćuczynienia ofiarpm inwigilacji, a ujawnienie agentów - środkiem do tego celu. Ładnie brzmi, choć pewnie nie cały Sejm to właśnie miał w 1997 r. na myśli. Nowelizacja, mówili, wszystko przekreśla. Znosi status pokrzywdzonego, a wszystkich OZI - tych świadomych i tych śledzonych - wrzuca do jednego worka.
Na tym tle drobiazgiem wydały się zastrzeżenia techniczne: o zaświadczenia do IPN wystąpić może, według różnych szacunków, od pół do półtora miliona ludzi. Instytut jest w stanie wydać rocznie 40 tys. zaświadczeń, więc procedura potrwałaby od 10 do 40 lat.
Wątpię, by Lech Kaczyński wciąż nie wiedział, co zrobi. Gdy ogłaszał konsultacje, sądziłem, że będzie to spektakl uzasadniający podpisanie nowelizacji mimo wszystko. Teraz mniemam raczej, że ma to być teatrum wyjaśniające twardemu elektoratowi PiSu, że ustawę trzeba jednak zawetować.
Czy jutro kolejny zwrot w serialu?



Komentarze
Pokaż komentarze (5)