W swoim życiu zdarzało mi się spotkać kilka razy z chłopcami z Młodzieży Wszechpolskiej. Były to różne okazje i miejsca, ale zawsze grupki narodowych radykałów były łatwo rozpoznawalne. Stanowili bowiem masę jednakowych jednostek, zjednoczonych nie tylko ubiorem, ale przede wszystkim wizją świata. Te spotkania przebiegały zazwyczaj w dwojaki sposób. Jakoś tak trafiałem chyba.
Według jednego scenariusza wznoszono chóralne okrzyki, obrażające inne narody czy rasy, czasem domagano się też „Wielkiej Polski Katolickiej” i „zrobienia porządku” z tą czy inną grupą społeczną. Zawsze towarzyszyła temu ledwo hamowana agresja. Czasem nawet sytuacja wymykała się spod kontroli. Wtedy zaczynała się bitwa. I to nie tylko na głosy.
W innej wersji było zupełnie inaczej. Białe koszule, krawaty, garnitury. Studenci lub absolwenci historii, prawa, stosunków międzynarodowych elokwentnie i rzeczowo przekonywali do swoich racji, cytując wiele różnych książek. Najczęściej, co zrozumiałe, sięgano do „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego. Tu również demaskowano, budzono dumę i wzywano do odnowy moralności i odrodzenia Polski. Czyniono to kulturalnie i bez rękoczynów. Przekonywano, że nowa MW jest normalnym polskim ugrupowaniem i radykalizm jej nie polega na fizycznej eksterminacji przeciwników.
Po liście otwartym Roberta Winnickiego zastanawiam się, która to była grupa, tak aktywna 1 sierpnia. Tak, wiem, że ruch narodowy jest podzielony skutecznie i nierozstrzygalnie i nie tylko członkowie MW tam byli. Jednakże tylko ich szef zdecydował się na takie wystąpienie w obronie tych, którzy „wybuczeli” nie tego czy innego polityka, ale pamięć o tych, których podobno tak kochają i czczą. Można nie szanować rządu, można nie cenić prezydenta i ich polityki. Można – a nawet trzeba, bo na tym polega przecież demokracja – patrzeć im na ręce, domagać się swoich praw i forsować swoje poglądy. Ale mam wrażenie, że są sytuacje i miejsca, wobec których trzeba zwyczajnie zamilknąć, pochylić głowy i zastanowić się może nad czymś innym niż zbijanie politycznego kapitału. Bo tylko o to przecież tak naprawdę chodzi tym, którzy swój sprzeciw przeciw obecnej władzy wyrażają w chwili, gdy patrzą na nich kamery. Szkoda tylko, że nie rozumieją, że tak czyniąc, przestają się różnić od stada baranów, które zwołane przez lokalną Gazetę Wyborczą potulnie i zgodnie gwizdało na dostarczonych przez redakcję gwizdkach 11 listopada 2010 roku we Wrocławiu w chwili, gdy narodowcy śpiewali „Mazurka Dąbrowskiego”. To ta sama liga i te same brudne metody.
Nie trzeba też zapominać, że w pewnych chwilach obowiązuje jakiś wzorzec zachowania. Inaczej zachowujemy się na weselach a inaczej na pogrzebach. Jeśli ktoś nie rozumie tego prostego faktu, to jest niestety kimś, do kogo znakomicie pasuje słowo burak. A ten jest, jak wiadomo, nie tylko biały. Może być również cały czerwony. To zaś może być trudne do zniesienia, z pozycji narodowych patrząc.




Komentarze
Pokaż komentarze