Ostatnio ogłoszony list w mediach otwarty do prezydenta Rafała Dutkiewicza i podpisany przez przywódców lokalnych partii wrocławskich związanych z lewicą wywołał dokładnie to, czego się można było spodziewać. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Komentarze, jakie można było znaleźć pod tekstami w Gazecie Wyborczej i Gazecie Wrocławskiej, były do przewidzenia. Ot, czerwoni znowu skumali się z pejsatymi i jątrzą zdrowy polski naród. Zatem „raz sierpem...”.
Trudno odnosić się do wszystkich zarzutów, stawianych w komentarzach osobom sygnującym ten list. Dlatego może jedynie dwie rzeczy, najważniejsze chyba. Po pierwsze zatem, oskarżenia o komunizm, brak patriotyzmu i zdradę narodową. Połączone z oburzeniami na zwrócenie uwagi na pewien rodzaj patriotyzmu, prezentowanego przez kibiców Śląska. Nie wiem, na ile wynika to z niewiedzy a na ile ze zwyczajnego lenistwa umysłowego, ale takie zarzuty są krzywdzące.
Przykłady? Proszę bardzo. Jeszcze przed kilku laty przyczyną nieustannych kłopotów Śląska z władzami PZPN była wywieszana przez ultrasów flaga z napisem „Skinheads”. Dziś flagi tej nie ma, są inne, ale ludzie je rozwieszający w większości ci sami. Wiem, bo widzę, co się dzieje na trybunach. Nie tylko te pretensje do zmiany wizerunku są istotne. Ważne jest także zawłaszczanie narodowej pamięci przez uzurpowanie sobie prawa do wyłączności. Wszelkie święta narodowe mają być domeną jednej tylko wizji świata. Nawet, jeśli ta wizja jest tylko wizją właśnie, z prawdą mającą niewiele wspólnego. Gdyby tak wziąć procentowo (pod względem przynależności partyjnej) udział żołnierzy w Powstaniu Warszawskim, mogłoby się okazać, że tych socjalistów było całkiem sporo. Politycznym przywódcą Polski Podziemnej był Kazimierz Pużak, stojący na czele Rady Jedności Narodowej, jednocześnie szef PPS-WRN. Ugrupowania, które jako pierwsze w całości oddało swoje oddziały do dyspozycji dowództwa AK, czego na pewno nie można powiedzieć o NSZ na przykład. A sam rotmistrz Pilecki korzystał w Oświęcimiu z wszelkiej pomocy ruchu oporu kierowanego przez Cyrankiewicza, socjalisty, którego złamali dopiero komuniści po wojnie. Co jeszcze bardziej ciekawe, prawicowi publicyści często występują przeciw utożsamianiu całości prawej strony z chłopcami radośnie „zamawiającymi pięć piw” czy krzyczącymi rasistowskie i antysemickie hasła. I ja się z nimi zgadzam. Czyniąc to, wolałbym jednak, by i oni nie utożsamiali całości lewicy z miłośnikami Józefa Stalina.
Inną rzeczą jest podciąganie wszystkich na lewicy pod SLD, z zasady (i słusznie w większości przypadków, choć jednocześnie i błędnie, bo nie posiadają oni wiary w komunizm, a jedynie we własne kariery) uważanych za rzeczywistych i duchowych spadkobierców polskich komunistów. Trudno z tym polemizować. Jednocześnie jednak – o czym niejednokrotnie boleśnie się przekonaliśmy jako ludzie PPS – brak znanej powszechnie nazwy wyklucza nasze istnienie w mediach. Nie po raz pierwszy coś posyłaliśmy mediom i dopiero teraz zostaliśmy naprawdę zauważeni. Wcześniej, jak przy okazji obchodów 1 maja, lokalna Wyborcza umieściła tylko zdjęcia i informacje związane z ludźmi SLD (Żuk) i jego otoczenia (Syska), choć partia ta w ogóle nie brała udziału ani w organizacji ani w samych obchodach. A redaktor Sawka, z właściwym sobie profesjonalizmem, przedstawił PPS jako PPP. Ot, taki mały chochlik. Dlatego, mimo istotnych różnic ideowych, czasami jednak kompromis jest konieczny. Zwłaszcza w takiej sprawie.
Piszę to wszystko nie po to, by się osobiście tłumaczyć czy usprawiedliwiać. Piszę, bo wydaje mi się, że sprawa jest ważna, a uświadomienie społeczeństwa istotne. Świat nie jest czarno-biały, a wzajemne obrzucanie się inwektywami cokolwiek bezproduktywne. Być może dyskutując bardziej cywilizowanie nie zaczniemy się dogadywać, ale przynajmniej zaczniemy się nawzajem szanować. A to byłoby już wiele.




Komentarze
Pokaż komentarze