Od wczorajszego dnia sieć huczy. Tematem oczywiście wyroki w sprawie chłopaków z miasta Pruszkowa. Wszyscy mówią o blamażu wymiaru sprawiedliwości. Wskazują na fakt, że prokuratura za słabo przygotowała materiał dowodowy, że oparła się jedynie na historyjkach skruszonych gangsterów zamienionych w świadków koronnych i że właściwie z takiego materiału dowodowego po prostu nie mógł zapaść inny wyrok. Inni wprost wyśmiewają sąd, który uzasadnił wyrok stwierdzeniem, że „dziś są to inni ludzie”. Takie chrześcijańskie miłosierdzie po prostu poraża. A przecież nie powinno w naszym kraju.
Rzecz chyba jest jednak dużo prostsza. Po pierwsze w tym procesie nie oskarżano jakichś tam „żołnierzy”, biegających po mieście z bronią i wykonujących całą czarną robotę. To byli szefowie, często podporządkowujący sobie nie tylko najbliższą okolicę, ale i odległe części Polski. Ten fakt nie jest bez znaczenia. Otóż, jak uczy nas historia każdej z trzech Rzeczpospolitych, przysłowiowe grube ryby nie łapią się w sieci stworzonej przez nasze prawo. Już w szlacheckich czasach istniało takie powiedzonko: „Polskie prawo jak pajęczyna, gruby bąk się przeciśnie, małej muchy wina”. I to jest sedno, także i w kwestii procesu naszych rodzimych capo. Nie tylko ich zresztą. Czyż nie jest świetnym dowodem potwierdzającym tę tezę niejaki Marcin od złotego bursztynu?
Po drugie komentatorzy zdają się zapominać, że mówimy tutaj o mafii. I to wcale nie dlatego, że paru byłych cinkciarzy wymyśliło sobie taką legendę, by pomogła im w werbunku nowego mięsa żołnierskiego. Nie, w swoim czasie przynajmniej, to była mafia. A co to jest mafia? To struktura, której celem jest oczywiście popełnianie zbrodni, ale przede wszystkim to struktura, która przenika do instytucji państwa i próbuje je kontrolować. Nie tylko po to, by zapewnić sobie bezkarność. Stara się sięgać nie tylko do organów ścigania, ale także do polityków i urzędników, którzy pomogą zalegalizować biznes. To rzeczy znane od dawna, a jednak jakoś tam pomijane w tej kwestii. Jakby trochę specjalnie, mam dziwne wrażenie. Prokuratura czy sądy nie działają przecież w próżni, a ich pracownicy płci obojga to także ludzie. Ludzie zaś to istoty słabe i grzeszne. Dlatego też i tam istniało pewnie wiele do ukrycia, nie tylko z tej jednej, już osadzonej strony. Jeśli w ten sposób spojrzymy na proces, może się okazać, że wszystko rozegrało się już dawno, z dala od kamer i oficjalnych rozpraw. Zachowanie milczenia, tajemnicze samobójstwa w strzeżonych celach, to wszystko już też przecież było. I nadal nic nie wiadomo. A panowie dostali wyroki za porywanie tirów i ostrzelanie paru konkurencyjnych dyskotek, reszta ich działalności została przykryta zasłoną milczenia.
Przesadzam z tą teorią spiskową? Być może. Jednak jakoś trudno uwierzyć, by nagle sąd patrzył na udaną resocjalizację jednych i pakował do więzienia ludzi za dużo mniejsze przewinienia. Trudno też uwierzyć, że nagle nie istnieją już takie znajomości, jak w mieście Łodzi, gdzie kolacje wspólnie spożywali w komitywie gangsterzy i prokuratorzy, jak w Gdańsku i jego dyskotekach czy Wrocławiu, w którym na gali bokserskiej pamiętnej ze sromotnej porażki Andrzeja Gołoty było jak w amerykańskim filmie - pierwszych rzędach siedzieli gangsterzy i politycy. I dlatego dziwić się nie trzeba. Z samego zdziwienia jeszcze nic się przecież nie zmieniło. Zdziwienie jednak może być dobrym punktem wyjścia do zadawania pytań.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)