Jak powszechnie wiadomo, miłościwie nam panujący pan premier jest chorobliwie wręcz uzależniony od sondaży. Od pozytywnych dla siebie sondaży, dodajmy gwoli ścisłości. Nie zawaha się przed niczym, by taki zobaczyć w telewizji, dlatego zafundował nam kolejny demagogiczny występ, który ma zwrócić uwagę obywateli na fakt, że takiego dobrego i ludzkiego pana nie mieliśmy od dawna. I nie chodzi tu wcale o tak zwane expose czy inne takie. Nie, działanie jest tak proste, że aż bezczelne. Pan premier zdecydował się bowiem na taki sondaż, w którym może wygrać.
Premier robi zatem, w granicach prawa rzecz jasna, manipulację na wielką propagandową skalę. Wymyślił sobie, że ostatnie porażki w sondażach może przekuć na zwycięstwo. Wszyscy zdają sobie bowiem sprawę, że wizerunek Platformy Obywatelskiej jest zszargany tak bardzo, że każdy przechodzień pytany o swoje sympatie polityczne po wymienieniu przez badacza nazwy rządzącej partii wylewa z siebie długi i barwny potok słów powszechnie uważanych za obelżywe. Co zatem robi w tej sytuacji premier? W pocie czoła nie tylko przypomina jaśniejsze (przynajmniej w jego własnym mniemaniu) chwile rządów pod własnym przewodnictwem, ale także odwołuje się do demokracji. Przedstawicielskiej w tym wypadku, bo uznał, że występując o wotum zaufania, jest w stanie przekonać obywateli o swojej sile i zdolności do udźwignięcia następnych dwóch lat na fotelu premiera.
Nazywam to manipulacją, bo rzecz cała szyta jest niezwykle grubymi nićmi. Koalicja posiadająca większość parlamentarną nie ma bowiem nic do stracenia. Ot, kolejne głosowanie, w którym pokazuje się ludziom, że krytyka rządu jest dopuszczalna. W ten sposób jedynie próbuje się wmówić całemu społeczeństwu, że ma jakiś wpływ na politykę. Mówi o tym sam premier, wspominając o sprawdzeniu tego, kto naprawdę ma mandat do rządzenia. Owszem, ten mechanizm jakoś tam działa w czasie wyborów, ale dziś jest kpiną z demokracji. Nie licząc się zupełnie z nikim, premier urządza sobie plebiscyt, w którym przed ogłoszeniem konkursu poznano zwycięzcę. Jakoś podejrzanie przypomina to tak zwane wybory z PRL, gdzie można było głosować, tylko wyboru nie było. Tak tu – społeczeństwo teoretycznie ma dać kredyt zaufania, ale ma to zrobić głosami swych przedstawicieli, którzy nie chcą przecież pozbawiać się wygodnego życia. Przypomina się też ten stary dowcip, w którym mowa o tym, jak to lud ustami swych przedstawicieli spożywa kawior. Dzisiejszy teatrzyk sejmowy ma bowiem dokładnie takie samo znaczenie. Zwyczajnie żadne.
Tak naprawdę pozostaje nam tylko jedno. Gorąca wiara w to, że dziś już społeczeństwa nie da się w tak prostacki i chamski sposób ogłupić. Niestety, wygląda na to, że sprawdzić to będziemy mogli dopiero za dwa lata.




Komentarze
Pokaż komentarze