Skończyły się wybory, skończył się temat umów śmieciowych. Milczą politycy, milczą związkowcy, milczą też nasze, pożal się Boże, media. Można zrozumieć polityków – oni też pracują na czas określony, w najlepszym wypadku kilkuletni. A potem to już tylko jakieś tam rady nadzorcze, zupełnie bez wysiłku i własnej pracy. Związkowcy w naszym kraju nie mają nic do gadania – przepisy mówią wyraźnie, kto i dlaczego może się zrzeszać i kropka. Na nic tutaj orzeczenia i nakazy płynące dla naszych władców z Brukseli. Tylko wówczas, gdy to pasuje naszym elitom, wypełniamy rozkazy nadgorliwie, na przykład podwyższając wiek emerytalny. Jak zaś nie pasuje, to trudno, nie ma. Nikt nawet nie zająknie się słowem o tym, że III RP, w której wszyscy, łącznie już nawet z SLD, szermują hasłami i etosem „Solidarności”, nie podpisała rozdziału zatytułowanego „solidarność” właśnie w Europejskiej Karcie Praw Podstawowych. To się elitom nie kalkuluje zupełnie. Każdy polityk wie, że głosują co prawda masy, ale kampanię sponsorują tylko ci bogatsi. W naszych mediach nikt się nie wychyli, bo przecież każdy jest zatrudniony na takich warunkach. No chyba, że akurat jest na bezpłatnym stażu.
Po drugiej stronie frontu za to trwają nieustanne ataki zmasowanej propagandy. Właściwie tylko takie, w stylu sowieckiej myśli wojskowej – wystarczy cały czas atakować i ustawić na tyłach broń, uniemożliwiającą odwrót własnych wojsk. Sukces murowany a straty to jedynie statystyka. A i kłamstwa powtarzane tysiące razy są prawdziwsze od samej prawdy. Fale tego ataku cały czas mają ten sam kształt. Po pierwsze – lepsza taka umowa niż żadna. Pewnie że lepsza, może się przydać w ekstremalnej sytuacji w publicznej toalecie. Po drugie – to wina rządu, bo gnębi pracodawców tak, że nawet jakby chcieli, to przecież nie mogą inaczej. Biedne żuczki, walczą o przetrwanie, to prawda, ale przecież nie za darmo. Prowadzenie działalności gospodarczej nie jest też, póki co, obowiązkiem wynikającym z przepisów prawa. Największym zaś argumentem, mającym mieć wymiar wręcz moralny i etyczny, jest wskazywanie na to, że stosowanie określenia „śmieciówka” czy „umowa śmieciowa” obraża ludzi w ten sposób pracujących. Walka o godność człowieka w naszym kraju kwitnie, najbardziej w poczytnych tygodnikach opinii, rzecz jasna.
Nie wiem, jak mają inni, ale mnie osobiście, jako zatrudnionego na podstawie umowy o dzieło, obraża raczej mój pracodawca. Według firmy, w której pracuję, nie jestem wart tego, by godnie żyć. Nie mam prawa zachorować, odpocząć na urlopie. Często nawet nie mam prawa do przerwy, bo wystarczy zrobić pięciogodzinną zmianę i już przepisy o przerwie nie obowiązują. Nie mam też żadnego prawa do najnędzniejszej choćby emerytury. Nie mam też prawa do najniższego wynagrodzenia. Nie mam prawa do posiadania dzieci, bo urlop czy zwolnienie nie przysługują. Nie mam praw żadnych właściwie. Jestem śmieciem po prostu. W dodatku sam jestem winien tej sytuacji. Przecież, jak pisze optymistycznie najnowszy „Przekrój” praca jest, wystarczy się tylko schylić. Albo, jak radzi premier, zrobić kurs spawacza.
Takich jak ja są setki tysięcy w naszym kraju. Pod tym względem jesteśmy liderem w Europie. Ludzi, którym odmawia się wszystkiego (a zatem także godności, prawda?) w imię wzrostu wskaźników gospodarczych. Być może łatwiej byłoby przełknąć to wszystko, gdyby choć niewielka część tego wspaniałego wzrostu wynikała z czegoś innego niż nasz wysiłek. W przyrodzie bowiem nic nie ginie, zatem to my, pracownicy najemni, traktowani jak śmiecie, ponosimy koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i wypracowania zysków. W naszym kraju nikt jeszcze nie wymyślił skuteczniejszego środka na ciężkie czasy. Na lekkie zresztą też nie, bo straszak kryzysu jest zbyt poręczny dla pracodawców.
Nikt jakoś nie chce dostrzec, że takie traktowanie ludzi obraca nasze społeczeństwo w masę bezrozumnych i powolnych istot, które są tym łatwiejsze do manipulacji, im bardziej zależne od pańskiej łaski, jeżdżącej na pstrym koniu. To truizm, że nie ma demokracji bez edukacji, ale trzeba w końcu ogłosić i inne hasło. Brzmi ono prosto: Nie ma demokracji bez stabilizacji. A tejże stabilizacji nie ma nikt wykluczony poza kodeks pracy. I kropka.




Komentarze
Pokaż komentarze (33)