Słowa będące tytułem tej notki wypowiedział swojego czasu George W. Bush, podczas jednej z debat telewizyjnych. Wybrałem je rozmyślnie, bo te trzy krótkie słowa najlepiej oddają to, co można powiedzieć o prezydenckich wyborach w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Na kolejne cztery lata zostaliśmy odstawieni na półkę, by zostać odkurzonymi w czasie kolejnej bitwy o głosy. Ktoś chce się założyć?
W Polsce histeria medialna, właściwie nie wiedzieć czemu. Chyba za wszystko nadal odpowiada American Dream, wciąż wręcz na jawie śniony przez ogromną część naszego społeczeństwa, nawet tę wydawałoby się krytyczną wobec światowego wzorca demokracji. Dlatego też przetacza się przez wszystkie nośniki medialnego szumu coś w rodzaju zbiorowej psychozy. Każdy ma coś do powiedzenia i każdy uważa, że amerykańskie wybory coś zmienią na świecie. Dzieje się to niezależnie od wyznawanych poglądów.
Na polskiej lewicy w sumie zadowolenie. Mimo wszystkich rozczarowań, jakie przyniosła pierwsza kadencja pierwszego czarnoskórego prezydenta, lepiej jakoś znosi się oswojone już nieco zło, które przynajmniej w warstwie deklaratywnej opowiada się po stronie tych gorzej sytuowanych. Daleko co prawda od euforii sprzed czterech lat, kiedy to wielu widziało w Obamie zbawcę świata, mającego w pojedynkę uchronić od głodu, ognia i wojny cały nasz ziemski padół. Szybko się okazało, że nowy prezydent zapomniał o wszystkich obietnicach, a ów wychwalany (skądinąd słusznie) program publicznej ochrony zdrowia powstał dopiero w obliczu fatalnych sondaży. Podobnie jak wycofywanie się z rozpętanych przez samą Amerykę wojen i publiczne chlubienie się dopadnięciem bin Ladena. Zatem dominujący jest gest w rodzaju – może i nienajlepszy, ale przecież nasz.
Na prawicy za to mamy rozpacz. Drugi Reagan nie został prezydentem, więc od razu wszystkim zwolennikom Mitta Romneya wniosek nasuwa się jeden. Znowu nikt nic nam nie da, nie będzie tarczy antyrakietowej, nie będzie dalszego promowania wojny jako najlepszego sposobu prowadzenia interesów. Nie mówiąc już o tym, że na pewno zostaniemy wydani na łup Rosjanom. W tym miejscu można jedynie przypomnieć, że wydani na łup zostaliśmy już dawno, a dziś USA nie ma żadnego właściwie interesu w tym, by cokolwiek zmieniać. Nawet, jeżeli Polska nadal pozostaje – poza Wielką Brytanią może – najbardziej proamerykańskim krajem po tej stronie kałuży. I jedynym, który za puste słowa i uścisk dłoni jest w stanie nie tylko wesprzeć każdą wojnę, ale jeszcze kłaniać się nisko w ambasadzie, prosząc uniżenie o wizę wjazdową.
Dlatego wszystkim polecam słowa Busha juniora. Zapewne już za jakieś czterdzieści miesięcy ktoś próbujący zamieszkać w Białym Domu w Waszyngtonie je przywoła, licząc, że naiwni Polaczkowie rodem z niewybrednych dowcipów po raz kolejny wybiorą tego, co wie, choćby pobieżnie, coś tam o małym i dzikim kraju, w którym oprócz wódki i niedźwiedzi istnieją ludzie, którzy za darmo nadstawią karku w kolejnym konflikcie zbrojnym. Bo, jak wiadomo, stara miłość nie rdzewieje.




Komentarze
Pokaż komentarze (12)