Kiedy przed dwoma laty rzuciłem na zebraniu koła PPS pomysł organizacji lewicowych obchodów Święta Niepodległości, podjęcie decyzji o imprezie nie było wcale takie oczywiste. Nikt tego od dawna nie robił, nie tylko we Wrocławiu, ale w ogóle w Polsce. Od szeregu lat skompromitowana lewica postkomunistyczna nie była w stanie odpowiedzieć na bieżącą politykę historyczną, zdominowaną przez prawicę. Trudno się w sumie dziwić, skoro nadal wielu jej członków uważa za prawdziwe święto dzień 22 lipca 1944 roku. Z różnych przyczyn inne ugrupowania lewicowe nie wiązały z datą 11 listopada żadnych własnych prób zjednoczenia tej części społeczeństwa, które nie chce utożsamiać się z tradycją endecką czy, nieco szerzej rzecz ujmując, konserwatywną narracją o pożądanym modelu obywatela naszego kraju. Jeszcze inni w takich obchodach uczestniczyć nie będą, wierząc w moc internacjonalistycznej walki klas bądź negując państwo jako takie. Brakuje, wydaje się, nie tyle jednoznaczności, co przyjęcia pewnego rozumienia samego pojęcia miłości do własnego kraju po lewej stronie naszej sceny politycznej. Stąd też ciągle istniejąca potrzeba zdefiniowania słowa patriotyzm na samej lewicy. Świetny tekst Jana Józefa Lipskiego, zatytułowany Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy jest wciąż jeszcze właściwie samotną wyspą w dyskusjach na temat tego, czym ma być patriotyzm wychodzący z pozycji lewicowych. Od czasu do czasu podejmowany temat nadal nie ma szerszego odzewu społecznego.
Nasze wrocławskie obchody miały – i nadal mają! – być jednym z głosów w tym sporze o tradycję i patriotyzm. Głosem, śmiem twierdzić, o tyle ważnym, że zrywającym z suchą analizą czy polemicznymi głosami w dyskusjach prowadzonych na łamach różnych periodyków. Wychodząc w ten dzień na ulice pokazujemy, że istnieją inne modele patriotyzmu, równie uprawnione jak te obecnie zdominowane przez prawicową narrację. Nie jest łatwo przekonywać – po latach zaniedbań na tym polu – do uczestnictwa potencjalnych zwolenników, nie jest też łatwo przebijać niechęć przeciwników. Nie zamierzamy jednak zaprzestać prób. Jakkolwiek może to zabrzmieć pompatycznie, osobiście uważam, że to nasz obowiązek. Miłość do własnego kraju oznacza bowiem nie tylko machanie flagą i kibicowanie przy piwie, ale także (jeśli nie przede wszystkim) wzięcie odpowiedzialności za to, jak ten kraj wygląda.
Demonstrowanie radości z faktu, że możemy żyć w naszym kraju wolnym od obcego panowania, że językiem obowiązującym jest polski, nie przesłania nam faktu, że dzisiejsza Polska daleka jest od naszych ideałów. Szereg kwestii pracowniczych, ekonomicznych i społecznych widzimy inaczej niż inni i chcielibyśmy, by tradycja pierwszych dni państwowości polskiej po okresie zaborów zaistniała w szerszej świadomości społecznej. Ustawy rządu Moraczewskiego, wprowadzające między innymi ośmiogodzinny dzień pracy czy dające prawa wyborcze kobietom, wcześniej niż uważane za ideały współczesnej demokracji Stany Zjednoczone czy Francja, i dziś budzą nasz podziw i szacunek. Wydaje się, że w trudnych czasach kryzysu globalnej gospodarki, w której rolę imperiów przejęły na siebie korporacje, powrót do myślenia o Polsce przyjaznej swoim mieszkańcom bez względu na to, jakiego koloru mają skórę czy w jakiego Boga wierzą, powinien stanowić imperatyw lewicowego myślenia. Na razie tak nie jest, przynajmniej w wymiarze polityki parlamentarnej. Uważające się za lewicowe ugrupowania ani nie odnoszą się do patriotyzmu ani nie mają prawdziwego programu społecznego, odpowiadającego na potrzeby ogromnej większości obywateli i obywatelek naszego kraju. Stąd też nasze w tym dniu wysiłki, by przywrócić pamięć. Stąd naszym tegorocznym hasłem Wolność-Równość-Niepodległość.
Jak zwykle serdecznie zapraszam wszystkich, którzy chcieliby wizerunku Polski o ludzkiej twarzy, przyjaznej każdemu. Wielowiekowa tradycja przecież zobowiązuje.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)