Nie, dziś nie będzie, jak ktoś mógłby po tytule sądzić, historycznych dywagacji o Powstaniu Styczniowym. To tekst o tym, co dzieje się tu i teraz, obok nas. Obok, bo przysłowiowy pies z kulawą nogą nie interesuje tą sprawą.
Byłem wczoraj na związkowej pikiecie pod Urzędem Wojewódzkim we Wrocławiu. W ramach międzynarodowej akcji strajkowej, ogłoszonej przez Europejską Konfederację Związków Zawodowych, miały się odbyć protesty w całej Europie. No i się odbyły. Wielotysięczne, ogromne, słyszalne w całej zjednoczonej Europie. Na tle innych Polska wypadła jak zawsze, czyli blado, śmiertelnie wręcz blado. W jednym z większych miast w Polsce, stolicy sporego województwa, druga co do wielkości centrala związkowa zgromadziła – wliczając wszystkich innych, których nie przyprowadziły związki jako takie – jakieś 300 osób. Jeśli to jest szczyt możliwości drugiej co do wielkości organizacji związkowej w Polsce, to znaczy jedynie, że ruch pracowniczy w naszym kraju umarł. Niestety, jasne jest także, że umarł nie tylko z winy nowego światowego kapitalizmu, globalizacji czy jak tam ktoś sobie chce nazwać dzisiejszą rzeczywistość. Umarł, niczym mickiewiczowski zając, wśród przyjaciół. Ci zaś, którzy są (lub byli) za niego odpowiedzialni, nawet nie zaczynają reanimacji. Kręcą się jedynie w kółko, dostając histerii.
Smutnym, najsmutniejszym nawet, dowodem na prawdziwość tych słów jest jeden fakt. Największym bowiem nieobecnym podczas związkowej pikiety była – nie tylko moim skromnym zdaniem – ta, która ciągle jeszcze kładzie się cieniem dawnej wielkości na całym naszym kraju. Nikogo, przynajmniej oficjalnie, ze sztandarem, nie widziałem po prostu nikogo z „Solidarności”. Jakoś nie wierzę, że nikt nie mógł przyjść, choć oczywiście pora nie była najlepsza. Zdecydowały zapewne zupełnie inne względy.
Widać zatem na tym przykładzie, że solidarność, podobnie jak równość, dzieli się na tych, którzy mogą dostąpić tego zaszczytu i całą resztę. Wspierający w innych miejscach kraju prawicowe ugrupowania ludzie nie zniżą się do tego, by iść razem z „czerwonym” OPZZ. Przecież oni są biali, co najbardziej pokazują działacze w Lublinie.
Jestem daleki od bezgranicznego uwielbienia naszych związków zawodowych. Dostrzegam (i piętnuję, kiedy mogę) biurokrację, prywatę i zwyczajną ludzką głupotę. Widzę w każdej wielkiej centrali wielki niedostatek ożywczej myśli, która poruszyłaby w jakikolwiek sposób tę ogromną większość społeczeństwa, która dziś nie widzi sensu we wchodzeniu w struktury, które nie mówią ich głosem, nie załatwiają ich spraw.
Ogólnoeuropejska demonstracja mogłaby być świetnym przykładem na to, że opinie wygłaszane przez liberalnych ekspertów są wyssanymi z palca bredniami. Mogłaby stać się także impulsem do pokazania nowej twarzy związków zawodowych, zastępującej gębę przyprawianą im przez ostatnie dwie dekady przez media, z „Gazetą Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” na czele. Niestety, tak się nie stało, bo dla przywódców polskich związków zawodowych lokalne bądź osobiste sympatie i antypatie są ważniejsze niż wspólne działanie. Solidarność, pisana z małej litery i zwyczajną czcionką, nie istnieje, a te – ostatnio nawet dość buńczuczne zapowiedzi przewodniczącego Dudy – są ostatnimi podrygami umierającego ruchu związkowego w naszym kraju. Przynajmniej w tej formie.
Być może zresztą potrzebujemy tej śmierci, bo bez niej nie stanie się nic szczególnego, nie odrodzi się normalny, pro pracowniczy ruch w naszym kraju. A nasz kraj, jak może niektórzy zauważyli, barwy ma biało-czerwone.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)