Pojęcie gry trumnami zrobiło wielką karierę w naszym kraju od czasów katastrofy smoleńskiej. To zarzut najczęściej stawiany politykom PiS. Od dni kilku mamy jednak do czynienia z inną partią, która próbuje ugrać coś, wyciągając trupa z trumny. Tym razem robią to ludzie z SLD, zazdroszcząc wynikom partii prezesa Kaczyńskiego. Nie ma w tym żadnej idei, poza zwykłą próbą zaistnienia w przestrzeni medialnej.
Dowodów swojej bezideowości przez wszystkie lata istnienia swej formacji dali tyle, że zbyt długo trwałoby wyliczanie tego wszystkiego, co zrobili dla zaszkodzenia klasie pracowników najemnych, których rzecznikami tak często mienią się na antenie TVN. Pozostanę zatem przy tym jednym, ostatnim ich dokonaniem, które podsumowuje najlepiej sposób, w jaki uprawiają politykę panowie i panie (bo przecież nie towarzysze, jak zauważył był to już w 1990 roku prof. Adam Schaff, którego można posądzać o wiele, ale nie o prawicowe ciągotki) z Sojuszu.
Cała ta hucpa z ustanowieniem roku 2013 rokiem Edwarda Gierka stanowi mistrzostwo świata w kategorii cynizmu politycznego. Zostawmy bowiem na boku całą dyskusję o dokonaniach dekady rządów tow. Edwarda innym, nie o to tu przecież chodzi. Zobaczmy za to, kto dziś robi mu klakę. Oto są to ci sami ludzie, którzy nadal jeszcze największą atencją darzą tow. Wojciecha, który dla Ojczyzny ratowania nie zawahał się wyprowadzić czołgów na ulicę. Tego samego, który Edwarda i jego, jakbyśmy to dziś modnie określili, drużynę, internował na równi z „ekstremą” z Solidarności. Gdzie tam zresztą na równi – mieszkali ci niedawni towarzysze w warunkach znacznie gorszych niż panowały w takim Arłamowie na przykład. Dopiero śmierć jednego z nich skłoniła do zmiany ich miejsca pobytu towarzyszy z KC, ubranych w twarzowe generalskie mundury.
Dziś ci sami klakierzy Wojciecha próbują wmówić wszystkim, że Edward to właściwie taki nasz dwudziestowieczny Kazimierz Wielki. Nie chodzi tu przy tym wcale o to, by wywołać jakąś normalną debatę na temat rządów Gierka czy samego PRL. Chodzi o coś zupełnie innego. Cała ta hucpa z wyciąganiem trupa towarzysza Edwarda z trumny ma na celu zyskanie paru procentowych punktów w wyborach, za pomocą fali nostalgii, wywołanej w społeczeństwie. Któż bowiem z atencją nie wspomina swojej młodości? Któż oprze się stwierdzeniu, że to nędzne i kiepsko wykończone mieszkanie w bloku z wielkiej płyty nie było sukcesem życiowym, o którym przybysz ze wsi do dużego miasta nie zapomni nigdy, mając w pamięci biedne dzieciństwo w jednej wspólnej izbie? Któż nie odwoła się do swych wspomnień zakupu polskiego Fiata czy wczasów pracowniczych, które prawie nic nie kosztowały? I nikt raczej nie zacznie drążyć tematu podwyżek cen, które wyprowadziły na ulice robotników w 1976 i 1980 roku, prawda?
Na tym polega cały plan polityczny SLD na istnienie w przestrzeni publicznej. Jest tak banalny i prosty jak ludzie, którzy go tworzą. Obrażam kogoś? Proszę w takim razie przypomnieć jakieś nazwiska, które wzięły udział w ogólnonarodowych debatach i nie przynosiły wstydu. Skoro polityka historyczna jest dla nich tak ważna, gdzie książki przedstawiające ich punkt widzenia na historię. Nieudolnie tylko podszywają się pod innych – a to Daszyński, a to Narutowicz, wiedząc dobrze, że sami nie mają nic do zaoferowania. Co tam zresztą polityka historyczna. Nawet pism – zwłaszcza teoretyczno - programowych – próżno szukać w szeregach SLD, a to, co jest zawiera jedynie nazwiska Jaskierni czy Wiatra, powtarzających to samo od lat trzydziestu z okładem. Jeden Michał Syska, oficjalnie i tak stojący poza partią, wiosny nie czyni. Jest raczej doskonałym przykładem na to, że można i na postkomunistycznej lewicy powiedzieć coś rozsądnego, jeśli głowy się używa do czegoś więcej niż noszenia fryzury. Co czyni z taką atencją cała reszta polityków Sojuszu.
Ta pustka sprawia, że każda polemika traci sens. Zwyczajnie nie ma po prostu o czym rozmawiać. I tylko dziwi mnie to, że ktoś jeszcze na ten bełkot daje się nabrać.




Komentarze
Pokaż komentarze (19)