Od ładnych paru dni można zaobserwować dyskusję salonową na temat wprowadzania przez rząd i samorządy fotoradarów. Głosów wiele, w przeważającej większości przeciw, kilka za. Jednocześnie w tekstach o komunikacji brak tego, co stanowi jeszcze większe zagrożenie dla ruchu kołowego, głównie tego w miastach. Od nowego roku mamy bowiem podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej w największych miastach. O tym cisza.
Nie dajmy się oszukać. Te podwyżki są takim samym skokiem na kasę obywateli, jak cały szereg posunięć naszych polityków, niezależnie od szczebla sprawowanej władzy. Nieporadne tłumaczenia podwyżek, podobno wynikających już to ze zwiększenia kosztów eksploatacji pojazdów, już to odnawianiem taboru są zwyczajnie kłamliwe. Miasta, zadłużone ponad miarę, zwłaszcza te największe, szukają wszelkich sposobów na to, by sięgnąć do kieszeni obywateli. Tym razem do najuboższych, bo to oni głównie jeżdżą komunikacją.
W normalnym świecie już dawno zauważono, że sprawna komunikacja nigdy na siebie nie zarobi. Wydane pieniądze są jednak inwestycją w coś, czego nasi domorośli ekonomiści jeszcze nie umieją policzyć – w komfort życia mieszkańców. Tańsze bilety to przecież mniejszy ruch kołowy, zatem mniej hałasu, spalin, wypadków. To także oszczędności czasu – jeśli zastanowimy się, ile czasu spędzają w korkach dostawcy, łatwo możemy sobie wyobrazić potencjalne zyski, łatwo dające się spieniężyć. Naprawdę do takiego odkrycia nie potrzeba doktoratu z ekonomii.
Niestety, u nas nadal pokutuje inne myślenie. Kiedy przed dwoma laty zabrałem głos postulujący darmową komunikację miejską, ówczesny prezydent Zielonej Góry, poza oczywistymi sprawami ekonomicznymi, o które ewentualnie można się spierać, powiedział coś w stylu: „Ja, jak każdy normalny Polak, do pracy dojeżdżam samochodem”. To zdanie cytuję od tego czasu wielokrotnie, bo świadczy ono o stanie naszych umysłów. I o dominującej w naszym kraju narracji. Według niej każdy nie posiadający samochodu nie jest normalny, a może nawet nie jest Polakiem. Dla Polaka bowiem własne „cztery kółka” to podstawa tożsamości, zwłaszcza w przypadku Polaka płci męskiej. To także wyróżnik statusu materialnego, pozwalającego odróżnić się od „hołoty” dojeżdżającej komunikacją miejską. Myślenie tutaj przebiega według prostego schematu. Mam samochód, a zatem jestem kimś, komu się powiodło. Biedni zaś są – jakżeby inaczej – sami sobie winni. Nie potrafią zarobić na samochód, więc niech nie narzekają. Wszystko chcieliby mieć podane na tacy. I tak dalej, przykładów takich głosów pełno na forach internetowych, kto ciekaw niech czyta.
Ci zaś, którzy jeżdżą komunikacją, głosu są pozbawieni. Starsi ludzie, brać uczniowska czy studencka, ludzie żyjący od zlecenia do zlecenia, ledwo wiążący koniec z końcem nie są interesujący dla mediów, nie są ciekawi dla niezależnych umysłów piszących blogi, nie są ciekawi dla nikogo. Kto by się bowiem przejmował kimś, kogo nie stać nawet na samochód, prawda?
Co gorsza, z tego obrazka wynika, że ci ludzie (a także – co może być dla niektórych szokiem – i ci za kierownicami) pozbawieni są głosu także politycznego. Jak mocno popieram akcje protestacyjną przeciw podwyżkom, jak bardzo kibicuję z daleka wszystkim tym, którym się chce i którym los komunikacji w ich mieście nie jest obojętny, tak samo mocno boję się, że cała ich akcja pójdzie na marne. Doświadczenie pokazuje bowiem, że na władzy obywatele nie robią wrażenia. Skoro rząd zakopuje inicjatywy obywatelskie z kilkoma milionami podpisów, skoro samorządy nie znają pojęcia „konsultacje społeczne”, skoro tyle już razy w innych sprawach podobne protesty nie odniosły skutku, nie trudno zauważyć, że demokracja jest fikcją, a obywatel jedynie owcą, którą trzeba strzyc. I być może to największa nasza tragedia.
Niemniej jednak, nawet kreśląc tak ponurą wizję, chciałbym namówić wszystkich mieszkańców (a także przyjezdnych) Warszawy do poparcia akcji. Nawet jeśli nie tym razem, to przecież w końcu się uda. Nic nie może przecież wiecznie trwać, nawet antyobywatelska władza.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)