Dawno temu, dawno temu, czyli przed mniej więcej trzydziestu laty, śp. Marek Kotański napisał niewielką książeczkę pod tytułem „To TY zaraziłeś ich narkomanią”. Na okładce było też miejsce na wklejenie własnego zdjęcia. Pisał w niej o leczeniu osób uzależnionych, a także o przyczynach ich choroby. Wskazywał w sobie właściwy sposób, bez ogródek, że za każdego narkomana odpowiadamy my sami. Książka ta przypomniała mi się w chwilach obserwowania tego, co dzieje się po 11 listopada. Tu nie ma nad czym myśleć – za każdego skrajnego nacjonalistę odpowiedzialni jesteśmy my.
Prawda to być może i brutalna. Niemniej jednak jej przyswojenie może jedynie pomóc zrozumieć dlaczego stało się to, co się stało. I dlaczego dzieje się na ulicach innych miast, w inne dni. Całe zło nie jest przecież powodowane rękami chłopców z tej czy innej radykalnej prawicowej organizacji . Równie wielka, jeśli nie większa, wina jest naszą niechlubną zasługą. To my mieliśmy (mamy?) uczyć tolerancji, poszanowania praw mniejszości, pokojowego współistnienia różnych ras, kultur i religii. To my, którzy wzrastającą falę nienawiści do innych tłumaczymy – podpierając się cytatami z wielu książek – ogólnoświatowym kryzysem gospodarczym, wzrostem bezrobocia, poczuciem niepewności jutra i związanej z tym frustracji. Nie dostrzegamy, nie chcemy dostrzegać chyba, że ta wina spada i na nas. Może tak naprawdę tylko na nas?
Weźmy samo Święto Niepodległości. Po nieudanych próbach blokowania stało się jasne, że najlepiej zmienić datę i formę. Jeśli to nie jest ucieczką, to co nią jest? Blokowanie – moim zdaniem – nie było zresztą słuszne, lepiej zrobić coś bardziej zaangażowanego, bardziej twórczo negując prawicową wizję świata. Wyobraźmy sobie zatem, że jednak można byłoby 11 listopada zorganizować coś, co pozwoli nam na odzyskanie utraconego zaufania społeczeństwa. Zamiast podkreślać brak miłości od ojczyzny, internacjonalizm czy negowanie idei państwa jako takiego, moglibyśmy spróbować połączyć tego dnia wszystkie nasze bolączki w jedno. Związkowcy mogliby pójść w obronie ośmiogodzinnego dnia pracy i skrócenia wieku emerytalnego. Kobiety i dziewczyny mogłyby wykrzyczeć tego dnia swoje żądanie bycia pełnoprawnymi obywatelkami tego kraju. Aktywiści i aktywistki ruchu LGBT przy tej okazji mogliby wspomnieć, że też są Polakami i Polkami i z tego powodu należą im się równe prawa. Działacze ruchu lokatorskiego upomnieć by się mogli o to, by w niepodległej Polsce nie można było nikogo wyrzucać na bruk. Ludzie z organizacji ekologicznych mogliby zaakcentować własną wizję rozwoju kraju, w którym mieszkają.
Wymieniać można jeszcze długo wszak lista spraw i bolączek ludzi w Polsce jest bardzo długa. Problem w tym, że na dzień dzisiejszy to właściwie piękny sen, który może nigdy się nie ziścić. Dopóki nie zrozumiemy, że aktywne działanie – które mniej lub bardziej nam wychodzi – jest także patriotyzmem, dopóty 11 listopada będzie działo się to, co się dzieje przez ostatnie lata. Z naszej winy właśnie.





Komentarze
Pokaż komentarze (4)