YouTube
YouTube
Krzysztof Przybyl Krzysztof Przybyl
108
BLOG

Walcząc z pijaństwem chcieli zniszczyć polskie winiarstwo

Krzysztof Przybyl Krzysztof Przybyl Gospodarka Obserwuj notkę 4
Miało być mniej nocnego pijaństwa, a mogło się skończyć poważnymi kłopotami dla polskich winnic. Przy okazji ustawy ograniczającej sprzedaż alkoholu postanowiono bowiem dokręcić śrubę również tym, którzy od lat inwestują w rodzimą produkcję wina. Jakże często w takich przypadkach, dobre intencje ustawodawcy zderzyły się z gospodarczą rzeczywistością. A sytuacja niepokojąco przypomina eksperymenty z czasów słusznie minionych.

Otóż Komitet Centralny KPZR, podjąwszy zrozumiałą walkę z plagą pijaństwa, która panoszyła się w Związku Radzieckim, postanowił m.in. wydać wojnę mołdawskim winnicom. Wiele winnic zlikwidowano, a w efekcie spadło spożycie wina w tym regionie. Wzrosło za to spożycie wódki i samogonu. Nie wiem, czy niektórzy polscy politycy o tym wiedzą. Obawiam się, że nie.

Skąd ten historyczny wtręt? Posłowie zajęli się ograniczeniem nocnej sprzedaży alkoholu. Rzecz godna pochwały, trudno bowiem uzasadniać wolnością gospodarczą i wolnościami obywatelskimi gromadki pijanych obywateli, zakłócających w nocy spokój pod całodobowymi sklepami z alkoholem. W dużych miastach nieporównanie łatwiej o trzeciej w nocy kupić wódkę, niż o godzinie 22 kupić lekarstwo.

Sprawa z pozoru prosta, co więcej, zyskała ponadpartyjne poparcie. Ale polski Sejm nie byłby polskim Sejmem, gdyby pożyteczny pomysł nie stał się przedmiotem radosnej twórczości części posłów. W trakcie prac nad ustawą okazało się, że oprócz nocnych sklepów i reklam alkoholu na celowniku znaleźli się również polscy winiarze. Ludzie, którzy od lat próbują odbudować w naszym kraju tradycje winiarskie, sadzą winorośl, inwestują w produkcję, tworzą rodzinne przedsiębiorstwa i przyciągają turystów.

Co ma wspólnego niewielka winnica w Małopolsce czy na Podkarpaciu z pijanym klientem kupującym małpkę w środku nocy? Zdrowy rozsądek podpowiada, że niewiele. Ale ustawodawca nie zawsze kieruje się zdrowym rozsądkiem.

Za dobrze idzie, trzeba rzucić kłody pod nogi

Polskie winiarstwo przeżywa w ostatnich latach prawdziwy rozkwit. Jeszcze niedawno krajowe wino uchodziło za egzotyczną ciekawostkę. Dziś powstają nowe winnice, polskie trunki zdobywają nagrody, a odwiedzanie gospodarstw winiarskich staje się coraz popularniejszą formą turystyki.

To działalność wymagająca ogromnej cierpliwości i pieniędzy. Winnicy nie zakłada się na jeden sezon. Na pierwsze zbiory trzeba czekać, a zyski, o ile przyjdą, pojawiają się dopiero po latach. W dodatku polscy producenci konkurują z winami z krajów, w których tradycje uprawy winorośli liczą setki lat. I właśnie takim przedsiębiorcom państwo postanowiło zafundować kolejne przeszkody.

Wino to nie tylko alkohol

Nowe przepisy dotyczące reklamy i promocji alkoholu mogłyby poważnie utrudnić organizowanie degustacji, festiwali wina czy informowanie o wydarzeniach odbywających się w winnicach. A przecież właśnie w ten sposób niewielcy producenci zdobywają klientów. Nie mają pieniędzy na wielkie kampanie reklamowe. Ich największym atutem jest możliwość zaproszenia gości, pokazania produkcji, opowiedzenia o szczepach winorośli i zaprezentowania własnych wyrobów.

W wielu krajach Europy taka działalność stanowi ważną część lokalnej gospodarki. Francuzi, Włosi czy Austriacy doskonale rozumieją, że wino jest nie tylko napojem alkoholowym, ale również produktem rolnym, elementem kultury i atrakcją turystyczną. Nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje likwidować tego dorobku w ramach walki z alkoholizmem. W Polsce najwyraźniej trzeba takie rzeczy tłumaczyć.

W obronie branży wystąpili posłowie PSL. Wymieniam ich z nazwiska bo wywalczyli sukces i szczerze na to zasługują. Między innymi poseł Jacek Tomczak, który zabiegał o rozwiązania pozwalające polskim winiarzom normalnie prowadzić działalność, organizować degustacje i promować własne produkty. W sprawę aktywnie zaangażowała się również wiceprezes partii, posłanka Urszula Pasławska. We wrześniu ludowcy doprowadzili nawet do zdjęcia głosowania nad ustawą z porządku obrad Sejmu, co wywołało irytację części koalicjantów i oskarżenia o uleganie alkoholowemu lobby.

I gdzie tu logika? Kiedy politycy bronią polskich sadowników, plantatorów chmielu czy producentów żywności regionalnej, słyszymy o wspieraniu rodzimego rolnictwa. Kiedy ktoś upomina się o polskich winiarzy, natychmiast podejrzewa się go o sprzyjanie przemysłowi alkoholowemu. A przecież nie chodzi o przyzwolenie na pijaństwo ani reklamowanie taniej wódki, lecz o to, by właściciel winnicy mógł zaprosić turystów, zorganizować degustację i poinformować klientów o swoich wyrobach bez obawy, że naruszy przepisy.

Rozsądek jednak zwyciężył

W czwartek 8 października Sejm uchwalił ustawę. W jej ostatecznym kształcie znalazły się również poprawki korzystne dla polskich winiarzy. Udało się oddzielić zakazaną reklamę alkoholu od działalności informacyjnej, edukacyjnej i kulturalnej, a tym samym ochronić możliwość organizowania degustacji, festiwali wina czy wydarzeń związanych z turystyką winiarską. Przy okazji uporządkowano również zasady sprzedaży alkoholu przez internet, dotychczas pozostawiające przedsiębiorców w stanie prawnej niepewności.

To nieczęsty przypadek, kiedy przy okazji zaostrzania przepisów udało się również usunąć część barier utrudniających prowadzenie działalności gospodarczej. Ustawa trafi teraz do Senatu, ale najważniejsze dla winiarzy rozwiązania znalazły się już w tekście przyjętym przez Sejm.

Cała ta historia pokazuje zresztą coś znacznie poważniejszego, niż tylko kłopoty jednej branży. W Polsce wciąż zbyt łatwo projektuje się przepisy, których skutki dla małych przedsiębiorców schodzą na dalszy plan. Najpierw pojawia się szczytny cel, później polityczne deklaracje, a dopiero na końcu pytanie, kto właściwie zapłaci za nowe ograniczenia. Tym razem udało się uniknąć przynajmniej części niepotrzebnych szkód. I dobrze, bo trudno byłoby wytłumaczyć właścicielom polskich winnic, dlaczego państwo, które przez lata zachęcało ich do inwestowania, rozwijania lokalnej produkcji i turystyki, nagle postanowiło komplikować im działalność. A państwo nie rezygnuje z pobierania podatków, bo płacić przecież trzeba, choć mniej czy bardziej świadomie utrudnia funkcjonowanie biznesu. 

Krzysztof Przybył jest prezesem Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, znanej od ponad trzydziestu lat jako organizator konkursu „Teraz Polska”. W ramach tej inicjatywy wyróżniono setki polskich firm, oferujących najlepsze produkty i usługi, które dzięki swoim walorom jakościowym, technologicznym i użytkowym wyróżniają się na rynku oraz mogą być wzorem dla innych. Cel Fundacji to promocja dobrych, polskich marek, a jednocześnie przyczynianie się do wzmacniania marki Polska w Europie i na świecie.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Gospodarka