Pytając o przynależność pokoleniową, pytamy o śmierć. Człowiek jest z definicji członkiem swojego pokolenia i zazwyczaj umiera mniej więcej równocześnie z innymi jego członkami. Jeśli tego nie uczyni w stosownym czasie, może zarobić na opinię człowieka „tego pokolenia” (dalece przewyższającego cnotami aktualne, co widać niestety dopiero, gdy pokolenie mające przewagę moralną traci przewagę liczebną). Przekroczenie granicy własnego pokolenia jest jednak chwilowe i z zasady nie oczekuje się takiej ekstrawagancji od zwykłego śmiertelnika.
Inaczej ma się sprawa z twórcami. To, co arcyludzkie, staje się tu oznaką niedostatku. Jest coś dojmująco żałosnego w byciu „twórcą jednego pokolenia” (pokoleniowym filozofem, pisarzem, malarzem czy reżyserem), choć można tę słabość częściowo odkupić, wypowiadając swoje pokolenie „najlepiej” czy „najpełniej”. Wzorcowość ekspresji ducha historycznej chwili niosłaby więc nadzieję – niepełnego – zadośćuczynienia za ograniczenie jej ważności, zawsze jednak przecząc ponadczasowości dzieła, które jedynie zdolne jest przełamać dozgonność egzystencji twórcy.
Uczenie jako forma twórczości jest z punktu widzenia ponadczasowości szczególnie kuszące, bo z zasady adresowane do pokoleń młodszych niż własne – jest też łatwiejsze o tyle, że dzieło żywi się w tym wypadku autorytetem czerpanym skądinąd. Dlatego też prawdziwym probierzem ponadpokoleniowej jakości nauczania jest śmierć nauczyciela – dopiero ona dowodnie wykazuje, czy uczniowie poniosą jego naukę dalej bez cienia dyscypliny nad głową. Śmierć powinna wywołać w uczniach (obok smutku i zawrotu głowy z nadmiaru swobody) również poczucie samotności wobec własnej wiedzy, która oto traci fundament; odtąd musi radzić sobie sama, bez nauczycielskiej wykładni autentycznej. Dlatego też w myśli o śmierci nauczyciela jest coś trwożnie kuszącego.
Mam wrażenie, że śmierć Profesora Kołakowskiego nie wywołała ani takiego smutku, ani trwogi, ani pokusy. Jego śmierć nie była śmiercią nauczyciela. Byłby więc filozofem bez uczniów, co tłumaczyć można dwojako: albo nikogo niczego nie nauczył, albo wiedza, którą przekazał swoim uczniom, była tego rodzaju, że uniezależniła się od niego na długo przed jego śmiercią, co samą śmierć unieważniło – w sensie dydaktycznym. Sądzę, że jedno i drugie jest prawdą.
To prawda, że Leszek Kołakowski nikogo niczego nie nauczył. Albo czytano jego dzieła jako ekspresję formy życia pewnego pokolenia, co (wobec znajomości formy życia) samo w sobie czyniło lekturę jego dzieł w zasadzie zbędną, albo – od pewnego momentu – nie czytano go niemal w ogóle wśród ludzi, którzy się filozofii uczą, wychodząc z założenia, że jest to filozof tak poczytny, że nie ma co go czytać. Temu przypisuję, że w czasie moich długotrwałych i nader eklektycznych – a przez to rozległych – studiów nigdy nie kazano mi czytać jakiegokolwiek tekstu Kołakowskiego, nigdy nie słyszałam, by których z moich Nauczycieli opowiadał o nim tak, jak opowiadało się o Habermasie, Millsie, Rortym, Feyerabendzie, Dahrendorfie czy Baumanie. Nigdy żaden student nie przyszedł do mnie z intencją pisania o Kołakowskim czy choćby posłużenia się jakimkolwiek tekstem Kołakowskiego w swojej pracy i – przyznaję – ja sama nigdy nie umieściłam Kołakowskiego w sylabusie żadnych moich zajęć.
Prawdą jest jednak także, że wiedza, którą chciał przekazywać Kołakowski, od pewnego momentu obywała się doskonale bez niego, bez znajomości jego osoby, szlaku, a nawet dzieła. Jego filozoficzne nauczanie od pewnego momentu przestało być przekazywaniem wiedzy, o której można by dyskutować na seminariach – i celem przekazu, i stylem społecznego odbioru przestało przystawać do akademickiego wyobrażenia filozofii. Być może rzesze czytelników jego słusznych poglądów na sprawy wszelkich rozmiarów są w tym sensie najwierniejszymi jego uczniami – z rozmaitych przyczyn większość z nich nie wie zapewne nic o marksizmie, prawie nic o Kartezjuszu i bardzo mało o wolnej woli. To, czego można się nauczyć z najpopularniejszych książek Kołakowskiego, nie potrzebuje wsparcia jego autorytetu (choć autorytet może dopomóc czytelnikowi w podjęciu decyzji o kupnie książki), nie nadaje się do dyskusji, nie budzi boskiego drżenia ani szatańskiej pychy. Kołakowski zaoferował swoim późnym czytelnikom spokój konsekwentnego samozwątpienia, które każdego nauczyciela unieważnia, unieważniając zarazem jego śmierć – i jego pokoleniową przynależność.
Tak unieważniony Kołakowski mógłby powtórzyć za Husserlem (którego, co pamiętam z pewnego śmiertelnie nudnego wykładu, uważał za ostatniego filozoficznego giganta podejmującego samobójczą misję ratowania rozumu): „Spróbuję poprowadzić, a nie pouczać, wskazywać jedynie i opisywać to, co widzę. Pragnę tylko tego, by wolno mi było według najlepszej mej wiedzy i zgodnie z sumieniem mówić w pierwszym rzędzie wobec siebie samego i stosownie do tego także przed innymi – mówić jako ten, kto przeznaczenie istnienia filozoficznego przeżył w całej jego powadze” *.
* Edmund Husserl, „Kryzys nauk europejskich i fenomenologia transcendentalna”, przeł. Sławomira Walczewska, Wydawnictwo Rolewski, Toruń 1999, s. 21.
** Marta Bucholc, doktor socjologii.
*** Więcej tekstów o Leszku Kołakowskim z okazji dnia Wszystkich Świętych na stronie Kultury Liberalnej.
Inne tematy w dziale Kultura