1.
„Samoubóstwienie człowieka, któremu marksizm dał filozoficzny wyraz, kończy się tak samo, jak wszystkie, indywidualne i zbiorowe, próby samoubóstwienia: ukazuje się jako farsowa strona ludzkiej niedoli” – tak kończy się jedna z najsmutniejszych książek filozoficznych, jakie powstały w XX wieku. Rozwiewa nadzieje, pozbawia złudzeń, przez 1212 pasjonujących, napisanych eleganckim językiem stron nieustannie sprowadza nas na ziemię. Depcząc własne dawne złudzenia, Leszek Kołakowski niszczy być może wszystkie pokusy działania pozytywnego politycznego.
Stał się wielkim sceptykiem, co oznaczało, że wolał wątpić niż projektować. Subiektywny odbiór świata [„Odkąd pamiętam, wydawało mi się, że świat jest smutny. (…) Świat jest smutny”] ugruntowało doświadczenie dwóch totalitaryzmów.
Podszyte smutkiem osobistych doświadczeń rozprawianie się z aberracjami w polityce stało się znakiem firmowym Kołakowskiego. Podobnie jak jasny i przejrzysty styl. Uprzedzony wobec mętnych wywodów, dzielił się z nami najwyższej jakości prozą, która szanuje swojego czytelnika. Tak właśnie napisał też „Główne nurty marksizmu”, dzięki którym wszedł do historii filozofii. Chciałoby się powiedzieć, niestety.
Olbrzymia książka, wraz z „Archipelagiem Gułag”, należy bowiem do najbardziej znanych i, jak można sądzić z dzieł współczesnych filozofów polityki, najmniej czytanych dziś dzieł (np. John Gray, dziś zajmujący przyjemne miejsce publicznego intelektualisty, w książce „Czarna msza” redukuje dzieło Kołakowskiego do kurtuazyjnego, lecz niewiele znaczącego przypisu). Dziś możemy dodać: właśnie dlatego, że walnie przyczyniła się do rozkładu komunizmu. W istocie Kołakowski i Sołżenicyn, choć opowiadali o problemach uniwersalnych, wydają się odchodzić wraz z poważnym zainteresowaniem komunizmem. Rytm współczesności wydaje się filozoficznie wyznaczać Zygmunt Bauman. Cóż, jedynie garść specjalistów będzie w stanie orzec, czy jest inaczej.
2.
Czy jednak wobec filozofa w ogóle powinno się stosować kryteria popularności?
W przypadku Kołakowskiego, jak sądzę, tak. Wynikało to zresztą z jego przekonań, jak z namiętności do działania w sferze publicznej. Trudno zgodzić się z opiniami, że autor „Pochwały niekonsekwencji” funkcjonował poza bieżącą polityką (ostatnio np. Jerzego Jedlickiego).
Kołakowski był obecny w sferze publicznej od młodości i trzeba raczej powiedzieć, że lubił karkołomne wyzwania. Ryzykował – wpierw zaangażowaniem w komunizm, potem w rewizjonizm. Postawił wszystko na jedną kartę wystąpieniem z okazji X rocznicy Października w 1966 roku. Konsekwencją aktywności filozofa było wyrzucenie z PZPR i wygnanie w 1968 roku. Nawet po wyjeździe z Polski był jednak zawsze w intelektualnym centrum wydarzeń. Utartą opinią jest, że tekstem „Tezy o nadziei i beznadziejności” w 1971 roku wpłynął na ideę utworzenia KOR (którego następnie został członkiem). Aż do 1989 roku na różne sposoby wspierał opozycję polityczną, ale najważniejsza cezura najnowszej historii Polski bynajmniej nie osłabiła aktywności Kołakowskiego. W tekstach z lat 90. wypowiedział swoje zdanie bodaj o wszystkich problemach, które stanowiły oś najgorętszych politycznych sporów (aborcja, antykoncepcja, cenzura obyczajowa etc.) i niekoniecznie było to stanowisko zgodne z – jeśli można się tak skrótowo wyrazić – oficjalną linią Kościoła Katolickiego w Polsce.
„Sceptycyzm niekonsekwentny” Kołakowskiego oznaczał także zaangażowanie obywatelskie: właśnie poprzez rozsiewanie owego sceptycyzmu. Jeśli coś jest ważne, to – jak mówił – ukazywanie dwuznaczności wyznań, zobowiązań, powinności, itd. w sytuacji, gdy nieustannie „natura ludzka potrzebuje świata wyposażonego w sens (…), który musi być jakoś znaleziony”. Tym można zapewne też tłumaczyć zgodę Kołakowskiego na flirt filozofii z popkulturą. Można być przecież dobrym obywatelem, np. dostarczając argumenty tak przeciwko historiozoficznemu pesymizmowi, jak i historiozoficznemu optymizmowi.
3.
Pomijając życie filozofa w felietonach i programach telewizyjnych, nie podobna odpowiedzieć, czy dziedzictwo autora „Obecności mitu” może choć w pewnej części przyjąć na przykład Kościół Katolicki. Nie był on formalnie członkiem żadnego kościoła, w dzieciństwie nie został ochrzczony, choć w dojrzałych latach wciąż zajmował się sprawami wiary. W latach 90. pisał, że wprawdzie z poczuciem pewnej ulgi zauważa „powrót sacrum”, ale jednocześnie napawa go coraz większym lękiem widok świata, który zaprzepaścił swoje dziedzictwo religijne („Miejsce rozwianych mitów zajmuje częściej nie oświecona racjonalność, lecz ich przerażające świeckie karykatury i substytuty”). Przy tym nie wahał się poddawać krytyce doraźnych działań Kościoła Katolickiego, nawet pouczając, że zadaniem Kościoła powinno być raczej mówienie „O nędzy doli człowieczej” (tytuł za dziełem Innocentego III) zamiast zajmowania się błahostkami (np. interwencjami w sprawie rzekomo obscenicznych filmów). Zdawał sobie sprawę z własnego nieortodoksyjnego podejścia do religii i Kościoła Katolickiego, gdy półżartem pisał o niesławnych stosach, w których zapewne można szukać także troski o zbawienie duszy, ale których przywrócenie „mnie samemu by na zdrowie nie wyszło”. Na marginesie dodajmy, że jako ulubionego reżysera wymieniał antychrześcijańskiego… Luisa Buñuela. Reprezentował postawę niewątpliwie trudną do naśladowania. Ta cześć dziedzictwa nie podda się łatwemu przyjęciu.
Nie widać również, by ktokolwiek z aktorów polskiego życia politycznego miał być zainteresowany podtrzymywaniem dziedzictwa Kołakowskiego. Ani prawica, ani nowa lewica – jeśli nie są podane w wersji złagodzonej (tj. z poglądami ciążącymi ku centrum) – raczej nie mają czego u autora „Etyki bez kodeksu” szukać. Z jednej strony Kołakowski po prostu zdecydowanie odrzucał tradycję endecką, jako „złowrogą kulturalnie i osobiście odpychającą”. Z drugiej zaś dokonał krytycznej oceny fundamentów myślowych współczesnej lewicy – choćby szkoły frankfurckiej w „Głównych nurtach marksizmu”, całej tradycji goszystowskiej („odraza do leftystycznego obskurantyzmu”); znane są też kąśliwe uwagi o Noamie Chomskim. W popularnym tekście „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?” z przymrużeniem oka odniósł się zresztą do poważnej sprawy nazbyt łatwego etykietowania.
Gdy ksiądz Tischner miał o mówić o Kołakowskim „filozof liberalnej inteligencji”, można to rozumieć bardziej jako wskazanie, że Kołakowski jest pisarzem pewnego pokolenia i wraz z nim odejdzie. Tego grona odbiorców, dla którego w szczególności takie teksty jak „Śmierć bogów”, „Kapłan i błazen”, „Pochwała niekonsekwencji” czy książka „Obecność mitu” były cezurą – intelektualnym wstrząsem.
4.
Kto zatem może kontynuować drogę Kołakowskiego? Być może – i to myśl przerażająca – młode pokolenia, aby autora „Głównych nurtów marksizmu” zrozumieć, będą musiały przejść przez swój „komunizm”?
A jeśli nie, to głos Kołakowskiego nie będzie słyszany…?
Czy twórczości swej w ostatecznym rozrachunku nie zadedykował – jak Stendhal słynnej powieści – „to the happy few”?
Tak…?
Nie…
Chyba jednak… Tak.
* Jarosław Kuisz, redaktor naczelny "Kultury Liberalnej"
** Więcej podobnych tekstów na stronie Kultury Liberalnej - zapraszamy!
Inne tematy w dziale Kultura