John Gray
Big Society, Thatcher i trzy paradoksy neoliberalizmu
Tak popularne obecnie w brytyjskich mediach hasło „Big Society” nie znaczy absolutnie nic. To wyłącznie narzędzie marketingu politycznego, podobnie jak wykorzystany przed ponad 13 laty przez Tony’ego Blaira postulat „trzeciej drogi”, z tą jedynie różnicą, że jeszcze bardziej mgliste – oprócz zapowiedzi niespotykanych cięć budżetowych nie zawiera w sobie żadnego długofalowego programu czy spójnego zbioru idei. Wbrew pozorom nie oznacza to jednak, że brytyjski rząd jest aideologiczny. Jego poczynaniami steruje idea niepodzielnie panująca w naszej polityce już trzecią dekadę, czyli neoliberalizm ekonomiczny.
Mimo pozornie komunitariańskiego wydźwięku „Big Society” to kolejne wcielenie pomysłów, które wykrystalizowały się w drugiej połowie rządów Margaret Thatcher, a następnie były kontynuowane przez duet Tony Blair-Gordon Brown. Cameron zamierza pójść tą samą drogą i trudno się temu dziwić. Wolnorynkowy światopogląd rodem z lat 80. został zinternalizowany przez całą współczesną brytyjską klasę polityczną, która na nim się wychowała i która dostrzega w nim nie tyle ideologię, co po prostu wyraz zdroworozsądkowego myślenia. Zarówno premier, jak i towarzyszący mu w koalicji Liberalny Demokrata Nick Clegg nie poznali w swojej karierze politycznej niczego innego. Wszechobecność i dominacja neoliberalizmu nie oznacza jednak, że przez te kilka dekad udało się znaleźć rozwiązanie tkwiących w nim sprzeczności. Nie od dziś wiemy, że polityka Margaret Thatcher naznaczona była poważnymi paradoksami i wszystko wskazuje na to, że nowy rząd również jest na nie skazany.
Po pierwsze, postulat „Wielkiego Społeczeństwa” obiecuje nam z jednej strony wycofanie państwa i odrodzenie lokalnych więzi społecznych, z drugiej zaś chce tego dokonać przez cięcia budżetowe oraz wprowadzenie wolnego rynku na miejsce dawnych instytucji państwowych. To niemożliwe, czego dowodzi już jeden z pierwszych pomysłów nowego rządu polegający na wycofaniu dofinansowania czynszów mieszkaniowych dla części ubogich obywateli. Nie jestem pewien, czy ostatecznie to rozwiązanie zostanie wprowadzone, ale gdyby tak się stało, skutki byłyby bardzo poważne i zamiast rozkwitu lokalnych społeczności będziemy mieli do czynienia z ich rozbiciem. W samym Londynie miejsce zamieszkania będzie musiało zmienić około 80 tysięcy ludzi. Przez takie działania wiele dzielnic całkowicie zmieni strukturę społeczną, ulegnie daleko idącej homogenizacji, a Londyn ostatecznie stanie się centrum bogatych.
To tylko przykład bardziej ogólnego prawa. Rozszerzenie działania mechanizmów rynkowych zawsze zmusza ludzi do większej mobilności – czy to w poszukiwaniu pracy, czy niższych kosztów życia – większa mobilność zaś nie sprzyja budowaniu aktywnych wspólnot lokalnych, na których opiera się idea Camerona. Jak możemy wymagać od ludzi zaangażowania w lokalną społeczność, jeżeli jednocześnie zabieramy im większość gwarancji zatrudnienia? Nie twierdzę, że uwolnienie ruchliwości społecznej zawsze prowadzi do negatywnych konsekwencji. Dla wielu ludzi może być szansą. Nie zmienia to jednak faktu, że wiążą się z nią również poważne koszty, których projekt „Big Society” nie uwzględnia.
Powiązany z tym problemem jest kolejny, polegający na nieprzystawalności kapitalizmu i tradycyjnych wartości społecznych. Spektakularną porażkę przy próbie ich pogodzenia poniosła już Margaret Thatcher. Jej reformy rynkowe promujące aktywizację obywateli na najniższym poziomie miały przywrócić Wielkiej Brytanii jej tradycyjną etykę indywidualnej przedsiębiorczości i oszczędności. Zamiast tego efektem była erupcja opartej na kredycie indywidualistycznej kultury konsumpcjonizmu.
Wreszcie, trzeci paradoks polega na tym, że do przeprowadzenia tak szeroko zakrojonej reformy polegającej na „zwinięciu państwa” potrzeba właśnie… silnego państwa. Raz jeszcze możemy się w tym miejscu odwołać do Margaret Thatcher. Walcząc ze związkami zawodowymi i próbując dokonać rewolucji kulturalnej, posłużyła się interwencjonizmem państwowym na ogromną skalę. Podobnie, rezultatem wycofywania państwa z wielu obszarów pomocy społecznej, co proponuje teraz Cameron, może być… nacjonalizacja sektora pozarządowego. Formalnie państwo będzie być może mniejsze, ale za to bardziej agresywne w swym interwencjonizmie. Nie wierzę, by premier – mimo deklaracji – zgodził się dać organizacjom pozarządowym państwowe pieniądze i po prostu pozwolił im działać, a to chociażby z powodu konieczności utrzymania pewnych ogólnokrajowych standardów czy właśnie kontroli wydatków. Obecnie państwo i organizacje pozarządowe działają obok siebie. Po reformie Camerona rządu będzie być może mniej, ale jego kontrola z pewnością wzrośnie. Jak dotąd wszystkie te sprzeczności są zamiatane pod dywan, a mglistość hasła „Big Society” jedynie taką praktykę ułatwia. Dlatego też nie uważam, by idea ta mogła i powinna stanowić inspirację dla ugrupowań w innych krajach. „Wielkie Społeczeństwo” ostatecznie doprowadzi nas najprawdopodobniej do jakiejś formy „wielkiego państwa” – jeśli nie bardziej rozbudowanego, to z pewnością bardziej ingerującego.
*John Gray, angielski filozof polityki, uczeń Isaiaha Berlina i Michaela Oakeshotta. Pracował m.in. na Uniwersytecie Oxfordzkim, Uniwersytecie Harvarda, w Yale i London School of Economics. W Polsce wydano m.in. jego „Liberalizm” (1986), „Dwie twarze liberalizmu” (2000), „Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach” (2003), „Czarna msza: apokaliptyczna religia i śmierć utopii” (2007).
TEMAT TYGODNIA,
„Kultura Liberalna” nr 97 (47/2010) z 16 listopada 2010 r.


Komentarze
Pokaż komentarze