Rafał Wonicki
Co to znaczy różnić się mądrze
Odpowiedź na pytanie, jak powinniśmy się różnić, by odmienność poglądów skutkowała gorącymi, ale merytorycznymi dyskusjami, jest dość prosta (przynajmniej w teorii). W skrócie moglibyśmy powiedzieć, że powinniśmy różnić się mądrze. I na tym mógłbym skończyć swoją wypowiedź. To, że nie mogę tego zrobić, wynika między innymi z tego, że dziś, w coraz bardziej spluralizowanym społeczeństwie polskim, nie ma już jednego obiegowego rozumienia tego, co wolno, a czego nie wolno w polityce. Dla jednych „mądrze” znaczy „skutecznie”, dla innych „mądrze” znaczy „w ramach ograniczeń konstytucyjnych”, dla jeszcze innych – „w zgodzie z Kościołem”. Jak więc mamy rozumieć, czym jest mądre różnienie się?
Uważam, że każda z wyżej wskazanych grup mogłaby zgodzić się w ramach swojej rozumnej doktryny na jedną z następujących interpretacji sformułowania „różnić się mądrze”. Po pierwsze, że mądre różnienie się to takie, które nie eskaluje napięć. Rozumielibyśmy wtedy politykę jako sztukę negocjacji, w której retoryka i erystyka są dozwolone, ale osadzone jednocześnie w pewnych kanonach przyjętych zachowań, norm społecznych, konwenansów kulturowych, reguł gry, mechanizmów politycznych. Po drugie, że powinniśmy różnić się „na argumenty”, a nie „na personalia” czy „na biografie” (a przynajmniej nie tylko na personalia i biografie). Innymi słowy, nie powinniśmy ograniczać się jedynie do wskazania i potępienia „wroga”. Po trzecie wreszcie, że powinniśmy różnić się z ważnych powodów, czyli unikać dyskusji niemerytorycznych i nie klasyfikować wszystkich zdarzeń ze sfery publicznej, kulturowej czy społecznej od razu jako politycznych.
Te trzy elementy wzajemnie się dopełniają. Ponadto wskazują one na cel prowadzenia dyskusji politycznych i niepolitycznych, którym jest dążenie do osiągnięcia porozumienia. Jeśli się to nie udaje i grozi nam konflikt społeczny, to może powinniśmy w sferze polityki na pewien czas wstrzymać się z podjęciem określonej decyzji i odłożyć ją na później. Zwłaszcza jeśli decyzja ta dotyczy kwestii światopoglądowych. Wydaje mi się, że w wypadku polskiego społeczeństwa takie rozwiązanie mogłoby ostudzić dziś rozpalone emocje. Coraz bardziej bowiem widać, że jest ono silnie podzielone i zantagonizowane, a spór polityczny został zamieniony na spór moralny i egzystencjalny, jeszcze bardziej antagonizując społeczeństwo. Może to grozić niepokojami społecznymi i na pewno w dłuższej perspektywie jest szkodliwe zarówno dla obywateli, jak i dla polityków.
Problem z nieumiejętnością demokratycznego różnienia się oraz z obecną eskalacją napięć polega zarazem na tym, że nie da się całkowicie uciec od namiętności w polityce. Polityka to nie tylko czyste procedury, to również, a może przede wszystkim, podejmowanie decyzji właśnie w kwestiach moralnych i światopoglądowych, które z zasady będą odbierane przez część obywateli jako opresyjne. Cała sztuka polega zatem na stworzeniu takich instytucjonalnych mechanizmów demokratycznych oraz wytyczeniu takich moralnych i kulturowych norm, które stanowiłyby wspólnie podzielane (moralne i prawne) ramy odniesienia, konstytuując wspólną pluralistyczną przestrzeń polityczną, w której możemy żyć mimo różnic światopoglądowych. Jeśli ta wspólna podstawa i wiara w możliwość pokojowego operacjonalizowania różnic znika, powraca polityka plemienna, powodując równocześnie zanik etosu i dobrego obyczaju, a tym samym potencjalne zagrożenie rozpadu wspólnoty politycznej.
Dodajmy, gwoli ścisłości, że obecną „moralną” politykę plemiennej zapalczywości i wzajemnych oskarżeń uzyskaliśmy zarówno za sprawą samych polityków, jak i naszego przyzwolenia na przekraczanie kolejnych granic. Jeśli zatem politycy się nie opamiętają, a obywatele nie będą się takiej polityce sprzeciwiali, to będzie następowała dalsza erozja tak języka polityki, jak i instytucji oraz etosu demokracji. Nic jednak nie wskazuje na to, by politycy chcieli się opamiętać i nie eskalować napięć. Ich zachowanie przyczynia się do osłabienia już i tak słabych, choćby ze względu na brak autorytetu, instytucji politycznych, w tym Trybunału Konstytucyjnego (częste nieprzestrzeganie jego decyzji) i Prezydenta (bezradność w sprawie krzyża przed Pałacem Prezydenckim). Słabość samej demokracji widać również po frekwencji wyborczej. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie należy się spodziewać, że podziały w Polsce będą się zmniejszały. Wręcz odwrotnie, są coraz większe i będą się pogłębiały. Nieustający podział na ścianę wschodnią i zachodnią przy każdych, także ostatnich, wyborach jest tego wyraźnym przykładem.
Kolejny problem ze słabością debaty publicznej i politycznej w Polsce polega na tym, że choć w teorii możemy nakreślić wiele nieprzekraczalnych linii tego, co wolno, a czego nie wolno, w praktyce niełatwo jest powstrzymywać się przed ich przekroczeniem. Zwłaszcza, że wspominany wcześniej etos obywatelski i kultura polityczna w III RP nigdy nie były mocno zakorzenione. Jak więc na powrót zmniejszyć podziały i stworzyć w miarę stabilną i harmonijną zbiorową identyfikację, gdy dwie największe partie prawicowe w Polsce nie mają zamiaru ustąpić? Jak odzyskać utracony balans między procedurami a wolą polityczną, między politykami i społeczeństwem? Jak z jednej strony nie popaść w tragedię (podział wspólnoty), a z drugiej w farsę (jeszcze większą groteskowość i teatralizację polskiej polityki)? Jedynej nadziei upatruję teraz w zmęczeniu obywateli obecną sytuacją (przyznaję, niewielka to nadzieja). Nie wierzę też raczej w samoograniczenie się polityków. Już bardziej w prawo i mechanizmy instytucjonalne.
Należałoby także pomyśleć o wzmocnieniu pewnych elementów, które w dłuższej perspektywie pomogłyby neutralizować i ograniczać sytuacje, w rodzaju takich, z jaką mamy obecnie do czynienia w Polsce, gdzie politykom bardzo wiele uchodzi bezkarnie. Sytuację, którą określiłbym jako tragikomedię, gdzie widzowie śmieją się już przez łzy, wiedząc, że poczynania aktorów doprowadzą ich nieuchronnie do tragicznego końca. A mówiąc bardziej poważnie, pewne polepszenie standardów debaty publicznej moglibyśmy osiągnąć za pomocą dwóch rzeczy: a) przez wychowanie obywatelskie, uczące kultury politycznej, uświadamiające ważność poszanowania standardów demokratycznych, pokazujące jak istotna jest odpowiedzialność za słowo, odsłaniające mechanizmy socjotechniczne ułatwiające rozumienie teatrum politycznego, b) przez wprowadzenie większego zakresu mechanizmów demokracji dyskursowej i deliberacji społecznej tak, by obywatele na rożnych szczeblach podejmowania decyzji mieli poczucie partycypacji i nie czuli się wykluczeni. Biorąc udział w procesach podejmowania decyzji na szczeblu lokalnym, mogliby oni zarazem zdobywać praktyczną wiedzę o tym, jak wypracowywać kompromis, jak wzmacniać społeczeństwo obywatelskie, jak ważna jest partycypacja w życiu publicznym itp. Mechanizmy te mogą pomóc. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że tak będzie.
Czasami mam wrażenie, że polskim politykom przydałaby się po prostu odrobina poczucia wstydu i przyzwoitości, towaru dziś zdecydowanie deficytowego, a wiele rzeczy nie miałoby miejsca. Na razie zaś pozostanie nam gorzko uśmiechać się przez łzy, w oczekiwaniu na katastrofę, a może farsę. Zdecydujcie sami.
* Rafał Wonicki, doktor filozofii, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.
TEMAT TYGODNIA,
„Kultura Liberalna” nr 99 (49/2010) z 30 listopada 2010 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)