13 obserwujących
84 notki
62k odsłony
  628   0

Lekcja Tuska-Schrödera

You will hear everlastingly, in all discussions about newspapers, companies, aristocracies, or party politics, this argument that the rich man cannot be bribed. The fact is, of course, that the rich man is bribed; he has been bribed already. That is why he is a rich man.

Wszędzie, w dyskusiach o prasie, firmach, arystokracji, w końcu polityce partyjnej, słyszymy tezę, iż bogatych ludzi nie da się przekupić. Tymczasem oczywiste jest, że bogaty człowiek już jest przekupiony. Właśnie dlatego jest bogaty.

— Gilbert Keith Chesterton, "Orthodoxy" (1908)


Republikowane z: blogpublika.com/2014/09/11/lekcja-tuska-schrodera/


  

Nagłówki prasowe i blogowe są obecnie pełne a to dzikiego zachwytu (Vivat Donaldus Rex!) a to wściekłości na naszego Ukochanego Przywódcę. Bliżej mi do drugiej strony, ale w tym wszystkim warto na chwilę wyłączyć emocje, nawet te najbardziej rozbuchane i pomyśleć. Jaką lekcją jest dla nas, jako państwa, ewakuowanie przez frau Kanzlerin swojego pracownika do Brukseli? Jaką lekcją jest jego, wyraźna już w tej chwili, wieloletnia praca dla Niemiec, a nie dla Polski? Zanim się nad tym zastanowimy, lekki przeskok geograficzny:

 

Panna bez Posagu

 

W lipcu tego roku prezydent Litwy, Dalia Grybauskaite, powiedziała co następuje:

 

“Litwa nie da się Polakom, jeżeli Polacy w zamian za przyjaźń będą o coś prosili. Litwa w ogóle nie będzie kupowała przyjaźni od nikogo za nic. (…) Partnerstwo Wschodnie jest niczym kamień młyński (u szyi), który przeszkadza w zbliżeniu Litwy do Skandynawii.”

 

Prasa “patriotyczna” zawrzała, prasa “polskojęzyczna”  rzecz przemilczała. Ta wypowiedź zdaje się nie dawawać spokoju redaktorowi Ziemkiewiczowi, który przy wielu okazjach przypominał, że nasza potulna i nachalnie przyjazna polityka wobec Litwy zakończyła się właśnie splunięciem w twarz ze strony Litwinów. Ziemkiewicz w ogóle strasznie rzadko trzyma się promowanego przez siebie etosu chłodno kalkulującego analityka, a to każąc Polsce wspierać wrogi nam Izrael w konflikcie, który absolutnie nic nas nie obchodzi, a to denerwując się na Litwinów za ich zupełnie logiczne postępowanie.

 

Tak: zupełnie logiczne. Bo co właściwie Litwa może zyskać na bliskich stosunkach z Polską? Stracić może sporo. Może się nabawić problemów wewnętrznych z nacjonalistami (którzy wobec tego, co dzieje się właśnie na wschodzie, są jej bardzo potrzebni), problemów zewnętrznych z Rosją, potencjalnych zagrożen dla własnej ekonomii ze strony polskich mafijnych oligarchów, w końcu bycia uwikłanymi w zupełnie histeryczną, pozbawioną śladu planu i pomysłu, miotającą się od statusu do statusu na twitterze politykę zagraniczną Radzia w Krótkich Spodenkach. A co mogą Litwini na stosunkach z nami zyskać?

 

Premier Tusk, skutki którego wspólnych z Vincentem Rostowskim rządów można w aspekcie ekonomicznym i demograficznym porównać wyłącznie do skutków wojny, zlikwidował polską armię. Kilka razy to mówiłem, ale warto powtórzyć: aby zapunktować u swojego elektoratu zlikwidował pobór, zastępując go… niczym. Obecnie na jednego zwykłego żołnierza przypada u nas dwóch dowódców, a z owych żołnierzy jakieś 5-10 tysięcy jest zdolnych do walki, przy czym Polska w warunkach konfliktu o niskiej intensywności może ich utrzymać w owej walce mniej więcej połowę. Polska armia de facto nie istnieje. Polska ekonomia jest ekonomią trzeciego świata, opartą o eksport nisko przetworzonych surowców i składanie u nas z gotowych części produktów przeznaczonych dla rynków Unii. Infrastruktura poza liniami handlowymi służącymi Niemcom i Rosji właściwie przestaje istnieć.

 

Co Litwa może uzyskać na bliskich stosunkach z Polską? Co mamy im do zaoferowania? Absolutnie nic. W tej sytuacji publiczne (kiedy Rosja patrzy) odcinanie się od Polski i branie kursu na silną ekonomicznie i militarnie Skandynawię jest całkowicie logiczne, ile by tweetów Radzio w Krótkich Spodenkach nie wysłał. O podobną skałę roztrzaskać się muszą absolutnie wszystkie koncepcje polityki jagiellońskiej czy federacyjnej, mrzonki o powrocie do dzieła Piłsudskiego. Polska jest po prostu pozbawionym armii biednym landem Niemiec. Nie ma nic do zaoferowania. Nie jest w stanie nawet sprzedać Ukrainie nabojów do pistoletu bez pozwolenia Frau Kanzlerin. A państwa niezbędne do ziszczenia wyżej wspomnianej polityki federacyjnej mają bardzo, bardzo realne problemy. Odrobienie tego straconego za rządów Tuska dystansu, wyrośnięcie na znaczący i liczący się kraj, o ile to w ogóle nastąpi, nie zajmie mniej, niż dekadę. Tymczasem na utratę dekady w stosunkach ze wschodem nie możemy sobie pozwolić. Jakie więc mamy instrumenty? Tu właśnie wracamy do lekcji udzielonej nam przez Tuska… o ile zdołamy ją przyswoić.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale