Wprowadzenie
W poprzednich dwóch częściach tej skomplikowanej historii subkontynentu, cofnęliśmy się do czasów, gdy jego mieszkańcy, mimo różnic religijnych, potrafili żyć obok siebie, zawierać małżeństwa, przyjaźnić się i wspólnie walczyć przeciwko brytyjskiemu panowaniu. Potem przyszła niepodległość, a wraz z nią podział. Najpierw powstały Indie i Pakistan. Później wybuchła pierwsza wojna o Kaszmir. Był najazd plemion pasztuńskich, Baramulla, ucieczka maharadży Hari Singha, Instrument Akcesji, indyjskie samoloty lądujące w Srinagarze i pierwsza linia podziału, która miała być tymczasowa, a została do dzisiaj. Publikacje zawierały nazwiska, daty, wydarzenia. Druga wojna pokazała, że konflikt nie wygasł. Trzecia zakończyła się oddzieleniem Pakistanu Wschodniego i powstaniem na jego obszarze nowego państwa – Bangladeszu. Konflikt ten pokazał, że ani różnice religijne, ani wytyczone granice nie były jedyną przyczyną narastającej jak kula śnieżna nienawiści. W 1972 roku Indie i Pakistan podpisały porozumienie w Simli. Dotychczasowa linia zawieszenia broni została przemianowana na Line of Control – Linię Kontroli. Od tego momentu efekt kuli śnieżnej, którego porównanie doskonale obrazuje narastającą wrogość, zaczął wyraźnie przyspieszać. Kaszmir został rozerwany.
Podzielony kraj, w którym rodziny mogły jedynie z daleka oglądać światła w domach swoich bliskich, stał się miejscem makabrycznej codzienności.
Po jednej stronie pozostali indyjscy żołnierze, którzy przybyli do Kaszmiru początkowo na wezwanie jego władz. Mieli udzielić pomocy w obliczu najazdu i odeprzeć napastników. Zostali jednak na dłużej, a obecność indyjskiej armii stała się jednym z najważniejszych elementów późniejszego konfliktu. Po drugiej stronie również bez zgody całej lokalnej społeczności swoją władzę utrwaliły siły pakistańskie. Pomiędzy nimi – niczym w ogromnym ślusarskim imadle – zostali ludzie. Mieszkańcy Kaszmiru. Ci, których przez kolejne dziesięciolecia inni będą przekonywać, że wiedzą lepiej, po której stronie powinni żyć. A których o tę decyzję tak naprawdę nigdy nie zapytano. To był początek kolejnego etapu historii, bo najgorsze miało dopiero nadejść.
Pokój, który nie był pokojem
Po 1971 roku wydawało się, że Indie i Pakistan wyciągnęły wnioski z trzech wojen. Oba państwa poznały wzajemnie swoje siły. Dowiedziały się również, jak wielką cenę należy zapłacić – nie tylko finansową, ale również militarną i polityczną. W Delhi i Islamabadzie zrozumiano już, jak wiele kosztuje konflikt. Do władz obu państw dotarło również, że wojny o Kaszmir nie da się rozstrzygnąć tak, jak wcześniej przypuszczano. Indie i Pakistan zrozumiały, że nie „załatwią” tego szybko.
Kaszmir – choć niewielki w porównaniu z terytoriami obu państw i znajdujący się w uścisku dwóch nuklearnych mocarstw – nie był regionem, przez który wystarczy przemarsz kompanii reprezentacyjnej. Żeby zdobyć i utrzymać go we własnych granicach jako integralną, spokojną i turystyczną część kraju, nie wystarczy nawet największa siła militarna. Może kiedyś obie strony zrozumieją, że linia frontu leży zupełnie gdzie indziej.
Aby wygrać, trzeba zdobyć serca mieszkańców.
I nie pustymi obietnicami. Tych było już zbyt wiele, żeby Kaszmirczycy dali się na nie nabrać. Póki jednak żadne z dwóch imperiów tego nie zrozumie, chcąc utrzymać wyrwany kawałek księstwa, muszą nakładać mieszkańcom smycz i trzymać ich pod ciężkim, wojskowym butem.
Rozumiano już, że nie można po prostu zdobyć całego regionu. Góry, wysokość, klimat i ukształtowanie terenu sprawiają, że każda ofensywa oznacza większe koszty, niż zakładali nawet pesymiści w sztabach.
Poza tym obie strony coraz bardziej zdawały sobie sprawę, że kolejna wojna może mieć konsekwencje znacznie poważniejsze niż poprzednie.
Zamiast wielkiej wojny pojawiło się coś znacznie bardziej przewlekłego, perfidne utrzymywanie w strachu. Napięcie. Strzały przez granicę, patrole, aresztowania bez sądu, podejrzenia, propaganda.
Jak walczyć z pamięcią?
Ta okazała się silniejsza niż cała potęga atomowa obu zwaśnionych stron, które sądziły, że wystarczy pokaz siły, aby podbić ten – opisany przez cesarza Mogołów Dżahangira w XVII wieku jako „raj na Ziemi” – Kaszmir.
Zamiast uległości coraz większy militarny nacisk powodował jedynie, że serca mieszkańców twardniały. W ciągu tych kilkudziesięciu lat serdeczność i gościnność wobec każdego zaczęły zamieniać się w najtwardsze kamienie.
Kawałki granitu.
Kamienie skierowane przeciw karabinom napastników.
Kolejne pokolenia mogły zapomnieć daty bitew. Mogły nie wiedzieć, kiedy podpisano porozumienie, lub nie znać nazwiska polityka, który podjął decyzję. Ale bardzo dobrze pamiętają dzień, kiedy zabrano im ojca. Drzwi, gdzie stęskniony wzrok przez wiele dni wypatrywał brata, który już nigdy ich nie przekroczył, butnych żołnierzy stojących przy drodze, pustą łódź na jeziorze. Pamiętają zamkniętą szkołę. I wreszcie nieustający strach. W ten sposób konflikt polityczny zaczął powoli zmieniać się w coś znacznie bardziej skomplikowanego i trudniejszego do zakończenia.
Raj za drutami
Na pierwszy rzut oka – zdjęcie z pocztówki. Kaszmir to miejsce, do którego żaden konflikt, żadna wojna nie miała prawa dotrzeć. Patrząc na krajobraz, widzimy oazę spokoju. Śnieżne szczyty Himalajów. Ciemnozielone lasy. Doliny. Jeziora. Pięknie zdobione łodzie mieszkalne – kołyszące się na wodzie hotele, dopiero po chwili dostrzegamy, że są puste. Zamiast gości – przerażony właściciel. Ale i to może zmylić. Za chwilę piękny Srinagar. Miejsce, które cesarz Mogołów Dżahangir określił przed wiekami jako raj na ziemi.
Trudno znaleźć większy kontrast. Za tym wszystkim, za pięknym krajobrazem, są posterunki. A za pocztówkowym widokiem – zasieki. Za nielicznymi już turystami przemykają rodziny, które przez dziesięciolecia nauczyły się żyć z wojną. Tylko uważne oko obserwatora dostrzeże posterunek z żołnierzami, otoczony gęstą metalową siatką, i karabiny skierowane w stronę ludzi zgromadzonych na miejscowym bazarze.
Piękna łódź hotelowa, w której wszystkie miejsca zarezerwowały pustka i strach
Jeden z mieszkańców Srinagaru, związany z turystyką na jeziorze Dal, mówi o swoim regionie przede wszystkim jak o miejscu pracy: ,,To bardzo ważne, bo dla człowieka, który prowadzi łódź mieszkalną, sprzedaje usługi turystyczne albo pracuje przy obsłudze przyjezdnych, wielka polityka ma bardzo prosty wymiar. Jeżeli przyjeżdżają turyści – jest praca, jeśli nie nie – brakuje pieniędzy.
Można mówić o geopolityce, debatować o suwerenności. Można mówić o prawie do samostanowienia. Ale rodzina musi za coś kupić jedzenie. Dziecko musi dostać zeszyty. Trzeba zapłacić za szkołę. I nagle wielki konflikt dwóch atomowych mocarstw zaczyna wyglądać jak pusta łódź zacumowana przy brzegu. Zupełnie jak sklep, który nagle został zamknięty. Albo jak człowiek siedzący bezczynnie i czekający, aż życie znowu pozwoli mu zarabiać. Wojna nie zawsze wygląda jak wojna. Tutaj, dla nas to choćby brak pracy”.
Pokolenie, które nie znało pokoju
Największa zmiana następowała jednak gdzie indziej. Dorastało nowe pokolenie. Dla rodziców konflikt był wydarzeniem. Dla dzieci stał się naturalnym środowiskiem, w którym musiały nauczyć się życia.
Młody człowiek urodzony w Kaszmirze w latach osiemdziesiątych nie pamiętał pierwszej wojny. Nie pamiętał Hari Singha, najazdu z 1947 roku. Nie pamiętał pierwszych indyjskich samolotów lądujących w Srinagarze, wojny z 1965 roku.
Ale od dziecka widział żołnierzy, pamiętał strach i kontrole, zamknięte drogi, opowieści rodziców. I wtedy zadawał pytanie: dlaczego? Dlaczego człowiek mieszkający tutaj musi żyć w takich warunkach? Dlaczego o jego przyszłości decydują w Delhi i Islamabadzie? Dlaczego obietnica referendum nigdy nie została spełniona? Dlaczego autonomia, która miała być gwarancją odrębności regionu, z czasem była coraz bardziej ograniczana? Dlaczego obecność i bezkarność wojska jest tutaj codziennością? Te pytania nie pojawiły się jednego dnia. Narastały przez dziesięciolecia. Aż pojawiła się iskra.
1987 – wybory, po których coś pękło
W historii wielu konfliktów przychodzi taki moment, który dopiero z perspektywy czasu zaczyna wyglądać jak punkt, od którego nie było już odwrotu. Jak rzymski Rubikon. Można było jeszcze udawać, że wszystko da się odwrócić, ale rzeka została przekroczona. W Kaszmirze takim momentem stały się wybory z 1987 roku. Dla wielu młodych Kaszmirczyków były one próbą sprawdzenia, czy polityka i pokojowe metody mogą coś zmienić.
Zadawali sobie głośno pytanie: Jeżeli system demokratyczny rzeczywiście daje możliwość wyrażenia sprzeciwu, można przecież zagłosować i zmienić rządzących. Jeżeli ludzie są niezadowoleni, mogą wybrać innych przedstawicieli, mogą poprzeć partie polityczne, które reprezentują mieszkańców. Ostateczny wynik wyborów dawał zwycięstwo ugrupowaniom związanym z dotychczasowym układem władzy.
Mieszkańcy Kaszmiru uznali że wybory zostały sfałszowane. Dla młodych ludzi był to jasny sygnał, że zamiast karty wyborczej, politykę należy uprawiać kamieniami. Uznali, że tradycyjna droga polityczna nie daje realnej możliwości zmiany. Jeżeli nie można było zmienić rzeczywistości przy urnie, zaczęto szukać innych sposobów.
Tak Kaszmir wkroczył w najkrwawszy etap swojej współczesnej historii.
Powstały pierwsze podziemne organizacje, a dwa lata później – w 1989 roku wojna wyszła już na ulice. Pod koniec lat osiemdziesiątych w Kaszmirze wybuchło zbrojne powstanie. Zamiast partii politycznych, zaczęły rozwijać się radykalne organizacje niepodległościowe i islamistyczne. To był początek epoki zamachów, ataków terrorystycznych, porwania, zabójstwa i odwetów na przypadkowych, często niewinnych ludziach.
Pakistan stał się zapleczem dla części ugrupowań walczących przeciwko Indiom. Do Kaszmiru zaczęli napływać bojownicy, broń i ideologie, które miały swoje źródła nie tylko w lokalnym konflikcie, ale również w wojnie afgańskiej.
Gdy w 1979 roku Związek Radziecki wkroczył do Afganistanu, Stany Zjednoczone, Pakistan, państwa arabskie i inne podmioty stworzyły w Pakistanie ogromną infrastrukturę wspierającą afgański opór. Szkolono ludzi, dostarczano broń, powstawały organizacje, a tysiące bojowników zdobywały doświadczenie. Wojna w Afganistanie dobiegła końca, ale wyszkoleni i żądni walki bojownicy pozostali. Część z nich znalazła nowe pole walki.
Kaszmir był naturalnym kandydatem.
Dla Pakistanu konflikt stanowił możliwość nacisku na Indie, dla części Kaszmirczyków – możliwość walki o niepodległość a dla islamistów – kolejny front dżihadu. Te, tak różne motywacje są dowodem, na to jak bardzo skomplikowany jest konflikt kaszmirski. Nie była to już ani walka dwóch państw, ani walka mieszkańców regionu o prawo do samostanowienia.
W coraz większym stopniu konflikt ten stawał się mieszanką, lokalnych aspiracji, interesów państw czy świetnym miejscem dla organizacji zbrojnych i kartą międzynarodowej polityki.
Zwykli ludzie znaleźli się dokładnie pośrodku.
W śmiertelnym imadle – między karabinem a kamieniem. Indie odpowiedziały militaryzacją regionu. Do Kaszmiru skierowano ogromne siły, oficjalnie dla bezpieczeństwa. W miastach pojawiły się posterunki, kontrole i przeszukania mieszkań stały się codziennością. Aresztowania i przesłuchania dotknęły tysiące ludzi. Jednocześnie bojownicy o wolny Kaszmir przeprowadzali zamachy i ataki. Cywile znaleźli się w najgorszej sytuacji. Zmuszano ich do określenia, którą ze stron wspierają – największa perfidia i pułapka podczas wojny. Opowiadając się za jedną ze stron, stawali się celem drugiej. Jeżeli nie wspierali żadnej – również mogli zostać uznani za podejrzanych.
Konflikt zaczął żyć własnym życiem.
I właśnie wtedy pojawił się jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów współczesnego Kaszmiru. Pierwsza lekcja polityki. Młody człowiek wychodzący na ulicę. Naprzeciw niego uzbrojony funkcjonariusz. Młodzieniec chwyta kamień, żołnierz odbezpiecza broń – obraz niezwykle prosty i bardzo niebezpieczny. Dla dziecka dorastającego w takim świecie rzucanie kamieniami przestaje być zabawą, a staje się pierwszą lekcją polityki.
Wojna, która bez pukania weszła do domu
Najbardziej przejmujące historie Kaszmiru nie zawsze znajdują się w opisach czy reportażach. Czasami są w jednym zdaniu wypowiedzianym przez człowieka siedzącego przed kamerą. Jeden z rozmówców, który – jak wynika z jego relacji – bez wyroku sądu spędził wiele lat w więzieniu, mówi o tym, co zabrał mu konflikt – Kiedy mnie wypuścili, świat był już inny. Kuzynka już nie żyła. Młodsi krewni stali się dorosłymi ludźmi”. Matkę, pozwolono mu zobaczyć zaledwie kilka razy. To jest właśnie ta część wojny, której nie pokazują sztaby, skrywają raporty i nie widać tego na mapach.
Po dwóch dekadach wypuszczono człowieka z więzienia, okazało się że był niewinny. Został zwolniony, sprawa załatwiona – niestety, tak to nie wygląda, nie można oddać mu utraconych lat, cofnąć dzieciństwa jego dziecka lub sprawić, żeby matka znowu miała dwadzieścia lat mniej.
Wojna odbiera coś, czego nie da się określić czy policzyć – to nie tylko stracony czas, bliscy którzy zmarli czy gwałtownie zerwane relacje. Suma tego i coś, czego jeszcze nikt nie potrafił właściwie nazwać – tym jest właśnie współczesna wojna w Kaszmirze.
W innej relacji kobieta opowiada o mężu zatrzymanym przez siły bezpieczeństwa. Płacząc opowiada jak dzieci ciągle pytają, kiedy wróci ojciec. A ona nie potrafi odpowiedzieć. Jest zdana na łaskę rodziny, to oni organizują pieniądze na wizyty, pomoc prawną. Życie całej rodziny zostaje podporządkowane nieobecności jednego człowieka. Dla państwa to zatrzymanie podejrzanego, dla rodziny – nie wiem jak to opisać. Słowo „represje” jest zbyt ogólne. Za każdą statystyką znajduje się konkretna rodzina, za zatrzymanym ktoś czeka. A za zabitym – ktoś płacze.
Człowiek, który po latach wychodzi z więzienia, odkrywa,że świat zmienił się bardziej niż w oglądanych niegdyś filmach science fiction.
Ciąg dalszy nastąpi


Komentarze
Pokaż komentarze