Leon Zawodowiec ciężko usiadł na schodach podziemnego przejścia na alei Wyzwolenia w Szczecinie.
Wcześniej wypił trzy piwa, a może pięć, jednak w głowie szumiało mu niezbyt mocno, bo myślał intensywnie o następnym dniu. Umówił się z Mary, że sprawdzą czy i jak ludzie reagują na prośby o wsparcie osób chorych na AIDS. On miał udawać zarażonego, a ona miała robić zdjęcia. Test taki. Bardzo frapowało ich pytanie czy dostanie pieniądze, czy też przechodnie spluną w kierunku żebrzącego, tak jak to do tej pory widział.
Siedział więc na schodach przejścia podziemnego na alei Wyzwolenia i udawał chorego, zarażonego wirusem HIV, kiwał się jak opuszczone dziecko i jeżeli ktoś zapytał: co tobie człowieku jest? mówił: – Jestem chory na AIDS i proszę o wsparcie. Nie przewidział jednego. Podeszły do niego trzy kobiety. – Co panu dolega? – zapytały z troską. – Chory jestem, zarażony ciężką chorobą – odpowiedział Leon. One nic nie powiedziały tylko poszły do najbliższych delikatesów, kupiły sok winogronowy, bułki i dały mu, a potem z automatu telefonicznego wezwały karetkę pogotowia i zawiadomiły policję, że człowiek chromy siedzi na schodach w podziemnym przejściu. Należały zaś do sekty Zachodzące Słońcei były przekonane, iż czynią dobrze. Ba, na chwałę ich Wielkiej Animalistycznej Idei.
Leon Zawodowiec siedział na schodach, kiwał się notując statystykę zachowań ludzi i nagle został otoczony przez policjantów i lekarzy. Wyły syreny i błyskały światła. – Co panu jest? – pytano. – Nic, ja tylko sprawdzam, czy ludzie reagują na nieszczęście innych. Eee! pijany – orzekł lekarz. Nie ma co sprawdzać alkomatem – wtórował mu policjant. – Za tyłek go wziąć i na izbę wytrzeźwień – dodał drugi. – Ludzie, na pomoc! – krzyknął krępowany Leon. Nikt z pęczniejącego z minuty na minutę tłumu nie zareagował. – Pijak, czy hifowiec, różnica żadna, niech go biorą !– zafalował barytonem jegomość z czerwonym nosem. I tak się stało. Leona zawieziono do miejskiej izby wytrzeźwień . – No, pijaku, rzeczy do depozytu, rozbieraj się do goła i spać – wrzasnął Ulrich Wyrwidąb, pracownik Izby.- My ciebie dobrze znamy, ochlaju – syknął. – Panie, ja jestem trzeźwy, to pomyłka, ja chcę do domu – jęknął Leon. - Pozwólcie mi zatelefonować! – Ty pijanico, tu nie ma pomyłki, policja ciebie przywiozła chamie, rzeczy do depozytu, ty do łóżka – ryknął Wyrwidąb. Leonowi puściły ze strachu zwieracze. – Zaszczaniec, zasraniec, pod prysznic go!
Grupa karłów z antyalkoholowych służb Izby chwyciła Zawodowca mocarnymi rękoma, wepchnęła do kabiny wyłożonej białymi kafelkami i nuże zlewać go strumieniami lodowatej wody. Potem obciągnięto na nim białą koszulkę do pępka i wepchnięto go do pokoju za żelaznymi drzwiami z ogromnym judaszem. Na łóżkach spali opoje. Chrapali, popierdywali, na rękach tatuaże, pod nosami ślady krwi. – Jezu! – wrzasnął Leon Zawodowiec – boję się, to pomyłka! Uderzał z pasją w metalowe drzwi i wzywał pomocy.
– Czego tam pijaku? – zapytał głos zza żelaznej kurtyny. – Chcę stąd wyjść, jestem trzeźwy! – pisnął Leon. – Morda w kubeł ochlaju, bo pójdziesz na męki – odpowiedział głos. – Ty draniu! – wrzasnął Zawodowiec. Po chwili w zamku zgrzytnął klucz i do wnętrza wpadła grupa karłów. Leon nawet nie zdążył krzyknąć i już leżał w innym pomieszczeniu na odpowiednim łożu, skrępowany pasami tak, że nie mógł nawet zipnąć. Oblał go zimny pot. – To za karę jełopie – usłyszał. Leżał w ciszy a zza ścian dochodziły krzyki.
– Hilfe! – ktoś krzyczał – Ich bin Otto von Borcke. Ja telefoniere do dojcze konzulat. Hilfe! – wrzeszczał. – A rycz, mały rycz – odpowiedział głos. – Gnidy, nie boimy się, nie podarujemy, śmierć wam, spalimy was – śpiewała ochryple grupa pijanych szalikowców przybyła do Szczecina na towarzyski mecz KS Ścigani - MKS Pogoń. – Będzie ostra zadyma - ktoś pomrukiwał przepełniony spragnioną krwi radością, jak członek rzymskiego plebsu przed niegdysiejszą walką gladiatorów na arenie Colosseum.
- Spokój, bo w kaftany bezpieczeństwa ubiorę – syknął głos. Tawariszczi, pomiłujtie! – zapiał ze wschodnim wysokim C handlarz zza wschodniej granicy. – Ja żurnalist Korowiow. Jak mi Bóg miły, ja piłem i nie słyszałem w Katyniu strzałów, nic nie widziałem. Eto Stalin. – Zima wasza, wiosna nasza! – huknął basem zza muru skrępowany Senator, były działacz Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej, przybudówki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej („partii z narodem i narodu z partią”).
Leon Zawodowiec dusił się w okowach madejowego łoża i zapadł się w otchłań bez okna. Dookoła miejskiej izby wytrzeźwień przechadzał się jegomość w pluszowym meloniku, a za nim ciągnęło się na smyczy i w kagańcu ciężkie jak beton pytanie: – Kim jest abstynent w tym reality show?
Dziwny jest ten świat - skonstatował. I poszedł na strong drinka do pobliskiego pubu Katzmania.





Komentarze
Pokaż komentarze