Myśli z pamiętnika Mary. Czułe spojrzenie, szerokie ramiona – mężczyzna jak z okładki magazynu filmowego. Mary zakochała się w nim tak bardzo, że nie wiedziała czy wszystko co było jej dane przeżyć to rzeczywistość, bo taka podniecająca i drażniąca zmysły może być tylko wybujała fantazja. Dzień po dniu wędrowała ścieżkami odmiennych stanów miłości, gubiła się, oszukiwała samą siebie i potem, jak to w prawdziwej love story być musi – koniec, żal, dramat. Ponownie nadeszła przesyłka z Hongkongu. Dziwna przesyłka. Metr i dwadzieścia centymetrów zwiniętego w rolkę cieniutkiego, jedwabnego papieru zapisanego gęsto chińskim pismem. I pod spodem to zrozumiała:
„Tak rzeczywiście myślę! Z czułymi uściskami – Jan ”.
Jeszcze po czterech latach coś przejmującego rozdziera jej duszę, gdy myśli o Janie Kowalskim . To była miłość jak wielki fajerwerk. Jaskrawa, kolorowa. rozbłyskująca, świetlista, gdzieś ponad wszystkimi – zaś na końcu wszystkiego stała Mary: samotna, rozdarta, zawstydzona... Kartki od Jana Kowalskiego sprawiają, że wszystko wraca jak bumerang. Wówczas musi natychmiast otworzyć niebieską puszkę po keksach, w której skryła pokryte drobinkami kurzu miłosne pozdrowienia. List pierwszy. Nie czytała go, podarła na kawałki, a potem niezdarnie posklejała. Jeszcze parę szeleszczących, wyblakłych bukietów. I wreszcie kilkanaście kartek hotelowego, listowego papieru zapisanych przez nią podczas bezsennych nocy.
Poniedziałek, 29 stycznia „Czy to jest do pojęcia? Siedzę w środku nocy, w hotelu na ponurym, szczecińskim przedmieściu i sama sobie wydaję się śmieszna. Piszę pamiętnik. Mary, ty znowu wariujesz! Jeśli nie skończę z tym wszystkim rzeczywiście zwariuję. Moja rzeczywistość rozsypie się jak stłuczona szklanka. Wczoraj wieczorem byłam z mężczyzną. Całą noc spędziliśmy razem. Gdy miałam już wychodzić zaproponował mi, abym poszła z nim do Jana Kowalskiego, jego przyjaciela. – Mój przyjaciel – tak powiedział. On czekał na górze, przy windzie. Zakręciło mi się w głowie i westchnęłam tylko.
Czarne, kręcone włosy, szeroki tors. Taki Tarzan z Oksfordu, który nie tylko pomoże kobiecie zdjąć palto, ale przewidzi każdą jej zachciankę. Ja, wpatrzona w Jana Kowalskiego jak w obraz, on, zafascynowany moimi kolczykami, pyta o ich pochodzenie. Jego apartament – jak on sam – zbyt piękny, żeby był prawdziwy. Na ścianach salonu rdzawoczerwony jedwab, na środku – grecki posąg, potem kilka abstrakcyjnych obrazów i rzeźb. Nie dzieli nas żadna ściana. Otaczają krzesła z różnych epok, na których zapewne często siadają jego goście: przyjaciele, marszandzi, artyści i partnerzy handlowi. Sami ważniacy. Jan Kowalski usiadł przy mnie. Pytał o sprawy zawodowe, pytał bez zainteresowania, mówił jakby bez ładu, a jednocześnie przyszpilał całą mnie swoim intelektem i pokrywał swoją osobowością jak niepokojącym cieniem. Do hotelu odwiózł mnie ciemnozielonym jaguarem. Hurra! On się mną interesuje. Jutro wieczorem zobaczę go znowu. Śpij dobrze Janie Kowalski... a może nie śpisz tak jak ja? Ja – Kopciuszek powracający potajemnie z królewskiego balu, on – pan czarowny, ten który jednym spojrzeniem powiedział do mnie: ty. Być wybraną, to takie niezwykłe uczucie. Nie, nie będę się wymigiwać lub wylewać nawet kropli zimnej wody na moją rozpaloną głowę, albo robić coś, co pozwoliłoby mi obudzić się z tego snu. Łososiowe róże i mała karteczka:
»Dziękuję Ci za czarujący wieczór – Jan K.«.
Powinnam odbyć pielgrzymkę do Hollywood i przyznać reżyserom ckliwych melodramatów, że także w życiu bywa tak jak na ekranie.
Jan Kowalski, mężczyzna, który cytuje fragmenty moich ulubionych książek, zawiesza głos, hen tam melancholijnie wysoko i opuszcza nisko recytując moje ukochane wiersze, nie wstydzi się rozmawiać o przepisach kulinarnych, robi karierę na giełdzie, zbija fortunę, ma fantazję i styl. Jan Kowalski. On na pożegnanie objął mnie ramieniem i tylko pocałował w czoło. Najwidoczniej rozkoszuje się pęczniejącym między nimi napięciem, chce je spotęgować. Cóż za erotyczna finezja. Mogę się założyć, że swoje łóżko wyściela czystym jedwabiem. Może czarnym? Jutro o tej porze będę wszystko wiedziała. Pożądanie. Odkryliśmy te same upodobania. Nasze serca biły jednakowym rytmem. Z nim moje serce może tańczyć tango,,.
Wtorek, 30 stycznia „Janie Kowalski, Janie Kowalski, Janie Kowalski... Idę do ciebie na miękkich nogach i ręce trzęsą się mi niemiłosiernie, bo myślę, że po tym wymyślnym, kreolskim przysmaku, który razem mamy przygotować, tak samo egzotycznie będziemy się kochać. Co się stało? Nic. Rozumiem, ten facet od aukcji jest z pewnością dla ciebie bardzo ważny, w przeciwnym razie nie zaprosiłbyś go. Przepraszam ukochany, ale po głowie przemykają mi dziwne myśli. Prawdopodobnie z nieśmiałości tylko nie zauważasz drgnień własnych zmysłów. No dobrze. Nie przejdę do ofensywy. A jednak irytacja wzmaga się we mnie z każdą chwilą. Nic, tylko siostrzane pocałunki, delikatne obejmowanie i trzymanie za rękę. Może nie jestem dla ciebie atrakcyjną partnerką? Z drugiej strony te wyznania pełne zachwytu o pięknie moich włosów, głębi oczu, powabie ust”.
Zbierała drobiny odwagi tak długo i kaprysiła przez telefon, aż Jan Kowalski zgodził się na uroczy wieczór w Park Hotel. Tropikalne tchnienie fontanny, obfita roślinność, egzotyczne ptaki. Jan Kowalski objął ją ramieniem. Jej twarz leżała na załamaniu jego szyi, jego tętnica pulsowała na jej ustach. Ujęła głowę Jana Kowalskiego mocno w dłonie i powiedziała, że go kocha i chce z nim być. Czekała na odpowiedź, pocałunek, jakiś znak... Gdy jego ramiona odsunęły się od niej zrozumiała iż los jej nie oszczędzi. On powiedział:
– Ja byłem od początku przekonany, że ty wiesz. Do licha, jestem kosmitą.
Szklane buciki osłupiałego Kopciuszka stłukły się z hukiem. Mary: – Otrzymałam od Jana Kowalskiego kartkę, a na niej napisał jedno zdanie:
„Kocham Ciebie, ale na mój sposób – Jan Kowalski.”.
Niemożliwością jest go nienawidzić, chociaż moja tolerancja kończy się prawdopodobnie tam, gdzie zaczynają się moje potrzeby. Dziwne, ale nadal kocham Jana Kowalskiego. Nie wiem nawet skąd Jan Kowalski przybył na Ziemię. Do Szczecina, grodu Gryfa, miasta portowego szerokich ulic, kwiatów i zieleni.
Lech Galicki and Helga Litzky





Komentarze
Pokaż komentarze