Urodziłem się. Wzrastałem jako drzewo wśród drzew. Potykałem się o zmurszałe pniaki. Zdawałem egzaminy zapomnienia. I jestem reżyserem mojego filmu. I aktorem w głównej roli. A scenariusz wciąż jest pisany.
Urodziłem się w domu porosłym bluszczem, przy ulicy Stanisława Moniuszki na Jasnych Błoniach, które kiedyś dawni mieszkańcy mojego rodzinnego miasta Szczecina, dla nich Stettin, obdarowali niezwykłej urody rajem zieleni, parków, skwerów, roślin egzotycznych, kolorowych, pachnących, zadbanych, wspaniałych. I ja urodziłem się w domu na Jasnych Błoniach w Szczecinie, aby móc wchłaniać w psychikę moją, w każdą cząstkę duszy mojej, poczucie piękna natury niespotykanej nigdzie, a potem w wielu miejscach na świecie byłem. Żyłem. Żyję. I wiem, że dane mi było i jest wielkie szczęście. Jak każdemu z nas. Ułudą jest, a płynie czas.
Urodziłem się z ojca zacnego niezwykle i matki dobrej. Przywołany z bezdechu zdumienia światem, w którym przyszło mi żyć, czułem zapach świec i wpatrywałem się w migoczący płomień życia, choć tak mało go było, gdyż pamiętałem jeszcze potężne Światło z mojego dawnego domu.
Wzrastałem jak drzewo wśród drzew. Potykałem się o zmurszałe pniaki. Zdawałem egzaminy mądrości i głupoty, a także zapomnienia o prawdzie wieczności. Często przywoływany z bezdechu samotności solidnym klapsem akuszerki starej daty, wsparty o korzenie chlebowego drzewa i próg domu porośniętego bluszczem i winną latoroślą, obejmowałem ojca zacnego i matkę dobrą. A czułem wtedy zapach świec i odruchowo wypatrywałem potężnego Światła z mojego dawnego życia utajonego.
Jestem i byłem reżyserem autorskiego filmu i aktorem w głównej roli. Statyści zmieniali się i zmieniają się z upływem lat. Raz to komedia. Innym razem kino moralnego niepokoju. Film niemy. Film dźwiękowy. Groteska. Burleska. Tragedia. Obraz przygodowy. Produkcyjniak na zamówienie tych, to innych. A najpiękniej, gdy przenika mój film prawda, a ja jestem tego świadomy i realizuję wszystko najpiękniej jak mogę. I nie jest mi potrzebny kolor wyrafinowany ani 3D. Nie wiem, do jakiego gatunku zaliczy go Krytyk najwyższy. Nie przeczytam recenzji. Scenariusz wciąż pisany zakończenie ma ukryte w przyszłości. Tytuł znam od początku: Jestem.
Często widząc ostro rzeczywistość człowieczą myślę tak: gdybym tylko miał motykę prawdziwą i kompas, gdybym miał na zenitu przestrzał, to bym ruszył przez gwiazdozbiory i przez strachu własnego zmory, po prawdę i mądrość, i miłość, i spokój, i optymizm, i wszystko, co tworzy, a nie burzy... I bym nie stał. Jak pomnik wykuty w skale. Ku wiecznej i martwej chwale z wapiennych odprysków. A kłamstwu, co życiem tętni i głupstwom, co napuszone - zwyczajnie - dałbym po pysku. A łatwo powiedzieć. Łatwo napisać.
Kiedyś zdarzyło się w Polsce coś niezwykłego, co daje mi wiarę, że wszystko to, co teraz złe, wszelkie podziały i niezgody, może mieć koniec swój i normalność wróci i spokój zagości... Byłem tam. Z wolną wolą. Widziałem bramy Sierpnia polskiego umajone Solidarnością. Tłumy ludzi tam były. A wśród nich roześmiane i poważne oblicza, odmienione wolnością. Wszystko trwało wtedy i trwa jeszcze we mnie do teraz w niedowierzaniu, w prawdzie i w zachwycie. Widziałem cud na ziemi. Tej ziemi. Dlatego wierzę, że wszystko, co dobre powróci. To jest w nas wszystkich. A potęgą wszyscy w zgodzie jesteśmy. Byłem tam. Ja, człowiek. Dlaczego nie mam wrócić w ten stan wspaniały w innym czasie? Wrócę.
Spotkałem po latach, niespodzianie, koleżankę ze szkoły średniej. Z liceum. Ze szczecińskiego Pobożniaka. Powiedziała: chora jestem. Powiedziała: umieram. Płakała. Nie odpowiedziałem kiedyś szczebiotliwej przyjaciółce z klasy maturalnej. Zabrakło mi słów. Co powiedzieć, jak ukoić?, pocieszyć?, to nie jest możliwe. Spojrzenie prosto w oczy. Przeprosiła mnie i odeszła. Chciałem biec za nią. Zostałem oniemiały..
Życie. Potok to wspaniały, a i zdradliwy. Jak bytowania drogi. Tak i nie. Nie i tak. Zielona akacja i pożółkła brzoza. Wiary wielkie serce. Niewiary ostre ostrze noża. Uderzają struny pięciolinii z pieśnią życia. I mierzą uczynki. A ja jestem glinny. Jak mej matki dobrej dłonie. I oddech i krwinki. Ona w Niebie. Stoję, leżę, płynę, biegnę, gonię... Ojciec zacny z także z Niebiańskiego Domu patrzy. Zatrzymaj się w biegu synu. A dlaczego? Wiesz tatusiu. Człowiek ze mnie czynu. Wiem, nie mogę już wytrzymać wielkiej, ludzkiej, biedy trwania, tu, na ziemi: marność nad marnościami. Mojej także. Ale sens w Światłości Świata. Bóg Jest. Odwieczny. Wieczny. Miłosierny. Ja w miłości Jemu całkowitego oddania. Jeszcze trochę czasu. Polsce ja się kłaniam. Życiu ja się kłaniam. Cenię ciszę.
Tak panie urzędniku z dwudziestego pierwszego wieku. Rysopis. Życiorys. Rysy życia. Rys-opis. Wszystko o mnie wiecie? Pesel, NIP, dowód osobisty, odciski palców, genetyka... Pewnie tak. Znaki. To nic! Nic nie wiecie o człowieku!





Komentarze
Pokaż komentarze