Leonardo Leonardo
267
BLOG

„Cena przetrwania?” – impresje po lekturze

Leonardo Leonardo Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

Jako człowiek wychowany na Tygodniku Powszechnym z lat osiemdziesiątych, chciałem sobie wyrobić własne zdanie na temat głośnej już książki Romana Graczyka o inwigilacji tego środowiska przez SB. Wbrew obelgom rzuconym np. przez Marcina Króla, moim zdaniem Graczyk obchodzi się bohaterami swojej książki w białych rękawiczkach, szeroko zarysowując ówczesne realia stanowiące tło ich decyzji, stara się też każdą wątpliwość tłumaczyć na ich korzyść.

Największy dylemat mam z tzw. przypadkami osobnymi (Bortnowska, Wilkanowicz, Skwarnicki, Pszon). Zwłaszcza Bortnowska, która jako jedyna (Pszon nie miał szansy z oczywistych powodów) zdecydowała się jednak na publikację swojej wypowiedzi, pokazuje, że wybory, jakich wówczas dokonywali, nie były takie oczywiste jak je ocenia się dzisiaj. Graczyk kilkakrotnie przestrzega przed myśleniem ahistorycznym, ale sam chyba znajduje się na granicy takiego myślenia, nadinterpretowując esbeckie dokumenty – mimo powtarzanych zastrzeżeń, że są one fragmentaryczne i trudne do jednoznacznej interpretacji.

Przeczytawszy cały tekst, a szczególnie rozdział poświęcony Pszonowi, myślę, że wiem o co Graczykowi chodziło. Był częścią zespołu TP, młodszym pokoleniem, dla którego tacy ludzie jak Pszon, Turowicz, Wilkanowicz czy Skwarnicki, to byli bohaterzy, moralne wzorce z Sèvres. Jestem trochę młodszy od Graczyka, ale też to pamiętam. Tamta epoka, po stanie wojennym, była niemożliwie naładowana myśleniem etycznym. Była to chyba nieunikniona reakcja na przemoc, potrzeba ofiar by w obliczu klęski ujrzeć się zwycięzcami moralnymi. Przecież w naszej perspektywie to były „Gwiezdne wojny”, Jaruzelski jako Darth Vader, a my po jasnej stronie mocy.

W pewnym momencie dotarło do mnie, i nie była to miła konstatacja, że gdy zaczytywałem się w „Dziejach honoru w Polsce”, Michnik już pił wódkę z Urbanem. My – młode mięso armatnie – jeszcze walczyliśmy o prawdę i wolność, a przywódcy opozycji już zajmowali się politycznymi grami. Jestem skłonny uwierzyć, że Graczyk mógł przeżyć podobny szok gdy dowiedział się, że podczas gdy w kręgach opozycji oficjalnie obowiązywała ewangeliczna zasada  „tak-tak, nie-nie”, starsi przywódcy przez lata gawędzili z esbekami, nawet jeśli nie z niskich pobudek, lecz realizując swoje kalkulacje polityczne.

Ostrość ataku na Graczyka była oczywiście związana z charakterystycznymi dla Krakowa zatęchłymi układami środowiskowymi, ale jego źródeł należy upatrywać w krańcowo rozbieżnej perspektywie widzenia czasów komunizmu przez obie strony sporu. Wilkanowicz, Skwarnicki, Kozłowski, także Bortnowska, są głęboko przekonani, że to co robili – owa forma cohabitation z komunistami, której jednym z elementów były rozmowy z esbekami – była optymalną (i skuteczną z perspektywy czasu) strategią maksymalizowania zysków i osiągania słusznych celów. Graczyk z kolei wątpi w zyski z takiej strategii, a momentami wręcz stawia sprawę prosto jak konstrukcja cepa: rozmawialiście z esbekami, to byliście częścią tamtego systemu. Obie strony mają swoją rację i swoje argumenty. Także swoją amnezję: Graczyk zapomina, że winy można odkupić, a druga strona z kolei nie chce pamiętać, że nawet jeśli wszyscy w życiu bywamy świniami, to pomniki stawia się ludziom, którzy postępowali tak jak powinniśmybyli postąpić, z dzisiejszej perspektywy. Dlatego – i słusznie – za postawę godną podziwu uważamy dzisiaj odmowę kontaktów z SB, zwłaszcza okupioną mniejszym lub większym prześladowaniem, a nie kawiarniane pogawędki z pułkownikiem Żyłą czy innym kapitanem Schillerem. Nawet biorąc za dobrą monetę wieloletnie ukrywanie po 1989 r. przez ich uczestników faktu, że w ogóle miały miejsce.

Leonardo
O mnie Leonardo

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura