Tej samej nocy jeszcze, w której Tatarzy minęli słup graniczny, niebo zaczerwieniło się
łunami, rozległy się wrzaski i płacz ludzi deptanych stopą wojny. Kto polską mową o litość
umiał prosić, ten z rozkazu wodza był oszczędzany, ale natomiast niemieckie osady, kolonie,
wsie i miasteczka zmieniały się w rzekę ognia, a przerażony mieszkaniec szedł pod
nóż.
I nie tak prędko oliwa rozlewa się po morzu, gdy ją żeglarze dla uspokojenia fal wyleją,
jak rozlał się ów czambuł Tatarów i wolentarzy po spokojnych i ubezpieczonych dotąd
stronach. Zdawało się, iż każdy Tatar umiał się dwoić i troić, być naraz w kilku miejscach,
palić, ścinać. Nie oszczędzano nawet łanów zbożowych, nawet drzew w sadach.
Tyle przecież czasu trzymał pan Kmicic na smyczy swych Tatarów, że wreszcie, gdy
ich puścił na kształt stada drapieżnych ptaków, prawie zapamiętali się wśród rzezi i zniszczenia.
Jeden przesadzał się nad drugiego, a że jasyru brać nie mogli, więc pławili się od
rana do wieczora we krwi ludzkiej.
Sam pan Kmicic, mając w sercu niemało dzikości, dał jej folgę zupełną i choć własnych
rąk we krwi bezbronnych nie walał, przecie patrzył z zadowoleniem na płynącą. Na duszy
zasię był spokojny i sumienie nic mu nie wyrzucało, bo była to krew niepolska i w dodatku
heretycka, więc nawet sądził, że miłą rzecz Bogu, a zwłaszcza świętym pańskim czyni.
Przecie elektor, lennik, zatem sługa Rzeczypospolitej z dobrodziejstw jej żyjący, pierwszy
podniósł świętokradzką rękę na swą królową i panią, więc należała mu się kara, więc
pan Kmicic był tylko narzędziem gniewu bożego.
Dlatego co wieczora spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich,
a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku,
aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć.




Komentarze
Pokaż komentarze (7)