leszek.sopot leszek.sopot
127
BLOG

Solidarność panną z bękartem

leszek.sopot leszek.sopot Polityka Obserwuj notkę 14

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że „Solidarność” po 1988 była inna od tej z 1980 r. Miał na to wpływ stan wojenny i niedemokratyczny sposób zorganizowania się Związku w momencie zawierania kontraktu przy Okrągłym Stole. Niedemokratyczny sposób reaktywowania się „Solidarności”, co zależało tylko od niej samej a nie od sposobu zawarcia ugody z komunistyczną władzą, sprzyjał tym, którzy pragnęli w 1988 r. „załapać się na Solidarność”, a nie prawdziwie o jej ideały walczyć. „Załapać się” dla własnej korzyści. To jest najpoważniejsza różnica, która oddaje także charakter transformacji gospodarczej.

Jednak transformację w skali makrospołecznej należy uznać bez wątpienia za bardzo pozytywną. Była przecież oficjalnym stwierdzeniem agonii ideologii komunistycznej, a wszystkim w wielu dziedzinach życia dała w końcu upragnioną wolność. Jednak w skali mikrospołecznej odznaczała się wieloma negatywnymi zjawiskami. Bowiem wprowadzono zasadę niesprawiedliwości społecznej jako kanon na scenę polityczną w Polsce. Kanon ten jest przyjęty we wszystkich krajach wolnego rynku. W Polsce dodatkowo został on obciążony brakiem prawdziwego rozliczenia się z poprzednim ustrojem i zerwaniem z ideałami solidarności.

Oczywiście, Polska od tego momentu mozolnie zmieniała system despotyczny w pluralistyczny. Obecnie swoboda słowa, zrzeszeń, tolerancja religijna panuje nie tylko na papierze, ale także i w życiu. Jednak łatwo jest dowieść, że zmiany personalne zachodziły szybko, a zmiany instytucjonalne bardzo powoli. Polacy jakby odziedziczyli po komunizmie wiarę w moc „wodza”, w cudowną moc słów, gestów i oświecenie oraz przyrodzone dobro człowieka wyniesionego do władzy. To człowiek–wódz mocą swej osobowości miał odmienić wszystko, co złe. Ta wiara była też widoczna w czasach pierwszej „Solidarności” w kulcie Wałęsy, jednak wówczas, mimo kultu wodza, ludzie byli jeszcze w stanie próbować zmieniać rzeczywistość na lepszą w swoim najbliższym otoczeniu. Ludzie wierzyli, że ich działania mają sens, a „wódz” był im potrzebny jedynie do tego, aby uchronił przed represyjną władzą. W swoim miejscu pracy walczyli jednak o swoje prawa i godność. Związek, poczucie solidarności, dodawało sił.

Transformacja przyniosła także wiele pozytywów. Władza powoli się reformowała. Państwo, struktury administracji rządowej, przestało być już jedynym decydującym czynnikiem. Władza ustawodawcza oddzielona została od władzy wykonawczej i sądowniczej. Jednak wciąż to rozdzielenie jest zakłócane przez wpływy aparatu każdej z kolei partii rządzącej. Większość niezależność w stosunku do lat PRL ma także prokuratura i organy ścigania oraz służby specjalne, które nie mogą w taki sposób jak w czasach komunizmu łamać prawa. Ale przecież wciąż widoczna jest chęć posiadania monopolu władzy przez jedną z opcji politycznych.

Byli działacze „Solidarności”, którzy w ubiegłym wieku mieli na ustach hasła demokracji i tolerancji, padali jak muchy zarażeniu rozprzestrzeniającą się zarazą amnezji.

Zapomnieli, że demokracja to zwycięstwo bez chwały, bez wypinania piersi po ordery i ubieganie się o najwyższe kierownicze stanowiska za „kombatanctwo”. Walka o demokrację miała przypominać bitwę, po której nie miano brać łupów – tym więcej im kto był silniejszy i miał więcej wpływów – i dobijać pokonanych lub stojących z boku. Przegrani przy budowie państwa demokratycznego nie mogli być tak naprawdę przegranymi, a zwycięzcy ani przez moment nie mogli poczuć się zwycięzcami. Demokracja nie może polegać na zamianie supremacji jednej ideologii przez inną. Zajęcia z podstaw leninizmu-marksizmu na studiach nie mogły być zastąpione zajęciami z teorii konserwatyzmu czy tomizmu. Nie ma miejsca na jedną słuszną ideologię, filozofię czy partię, ale też nie można zabronić przedstawicielom danych opcji do głoszenia poglądów, które tę jedyną słuszność deklarują.

Transformacja przyczyniła się do rozwoju w Polsce ksenofobii i postaw nietolerancyjnych wobec tych, którzy nie pasowali do „wzorca” dyktowanego przez większość. Jest prawidłowością, że tendencje do zachowań nietolerancyjnych natężają się w okresie zmian ustrojowych, ideologicznych i w okresie kryzysu. Te wszystkie zmiany zachodziły w Polsce. Dla znacznej części społeczeństwa wychodzenie z kryzysu gospodarki końcowych lat PRL oznaczało nie polepszenie a pogorszenie sytuacji życiowej i pozbawienie perspektyw na przyszłość. Zaczęły powstawać zamknięte obszary biedy. Odejście od „państwa opiekuńczego” do kanonu państwa niesprawiedliwości społecznej jako zasady postępu cywilizacyjnego, stanowiło szok następny. Zachwiało się także poczucie stabilności obowiązujących norm etycznych i moralnych, wartości i ideałów, dających o poczuciu bezpieczeństwa.

Transformacja z samej swojej istoty jest zaprzeczeniem stabilności. Dlatego musiała rodzić poczucie lęku, co z kolei przyczyniało się do narastania frustracji. Frustracja zaś najczęściej znajdowała ujście w agresji, ale także w aktach samobójczych. Agresja przyczyniała się do wzrostu nietolerancji. Partyjni „wodzowie”, którzy dostrzegali te zjawiska, wykorzystywali je do własnych celów i wzmacniali przez stosowanie swojej propagandy.

Nietolerancja była więc nieodłączna od szokowej transformacji. Była i jest nadal sposobem na emocjonalną ekspresję i oczyszczenie ludzi z przepełniającej ich złości i nienawiści. Ludzie szukają najprostszych sposobów „oczyszczenia” się z negatywnych emocji. Takim najprostszym sposobem jest znalezienie kozła ofiarnego. Może to być osoba, jak i grupa społeczna. Mogą to być homoseksualiści, ludzie chorzy, mniejszości narodowe lub religijne, a właściwie wszyscy, którzy wyróżniają się na tle grupy lub których umiejętnie wskaże „wódz”, któremu niezadowoleni i pełni złości ludzie zaufali, że on, a nie ich oddolna działalność przyniesie zmianę na lepsze.

W Polsce od początku transformacji niektóre środowiska, zaczęły twierdzić, że za wszystkie niepowodzenia winni są i byli Żydzi. Słyszałem często, i to nie tylko od ludzi prymitywnych i niewykształconych, że jest źle, bo rządzą nami Żydzi, albo bo mają na nas jakiś wpływ za sprawą tajnych układów i wpływów. Żyd miał być winny a priori bo był Żydem. Usłyszeć to można od profesorów, lekarzy, a także polityków odpowiedzialnych za budowę systemu demokratycznego w Polsce. Jakże często wyczytać o tym można w Internecie – i to nie tylko w anonimowych wpisach. Żyd to klasyczny kozioł ofiarny, stereotyp, w którym najłatwiej znajdują ujście frustracje społeczne. Kolejny to „lewicowiec”, „postkomunista”, esbek, ale też babcia z moherem na głowie od o. Rydzyka.

Polska lat transformacji była także Polską odradzającego się nacjonalizmu. Różni ideolodzy próbowali określić, kto jest „prawdziwym” Polakiem, a kto tylko podszywa się pod jego imię, kto jest prawdziwym patriotą a kto zdrajcą. Posuwano się w tym badaniu „polskości” bardzo daleko. Jedna z partii „prawdziwie” chrześcijańska chciała wysunąć mojego znajomego jako kandydata w wyborach w 1997 r. na posła. Postawiono jeden warunek – miał dostarczyć metryki chrztu, nie tylko swoją, lecz także rodziców i dziadów. Oczywiście znajomy odmówił i podzielił się ze mną obrzydzeniem w stosunku do „prawdziwych” Polaków wskrzeszających demony szowinizmu i nietolerancji.

Demony nietolerancji szalały w różnym natężeniu we wszystkich krajach postkomunistycznych. W byłej Jugosławii skrajny nacjonalizm i nietolerancja religijna przyniosła tysiące okrutnie pomordowanych ofiar. Wojna znajduje poparcie w umysłach ludzkich przesiąkniętych jadem nietolerancji.

Przywódcy partyjni wywodzący się z obozu „Solidarności” mieli i wciąż w dużej mierze mają tendencję do posiadania „cech boskości”. Dla swojej władzy pragnęli niemal prerogatyw boskich, zapominając, że państwo będące dobrem wspólnym istnieje dla człowieka, a nie odwrotnie. Nie tylko państwo, ale także struktury partyjne, które powoływali do życia. Jakże wielu z polityków miało takie pragnienia… stąd pewnie te nieustanne kłótnie o przywództwo i podziały partyjne. Żadna partia ani polityk nie może w systemie demokratycznym posiadać monopolu na jedynie słuszne poglądy.

Tocqueville twierdził, że: „Wszechwładne panowanie przekracza, jak myślę, siły najwybitniejszego nawet człowieka i sądzę, że tylko Bóg może być wszechmocny, ponieważ jego mądrość i sprawiedliwość zawsze dorównują jego władzy. Na ziemi natomiast nie istnieje żadna władza, która byłaby tak godna szacunku lub posiadała tak uświęcone prawa, bym mógł się zgodzić na jej nie kontrolowane działanie i nie ograniczone panowanie. Kiedy więc widzę, że jakiejś potędze zostaje przyznane prawo do wszechwładzy, to bez względu na to, czy nosi ona miano ludu czy też króla, arystokracji czy demokracji, czy działa w monarchii czy w republice, powiadam: Oto zarodek tyranii – i szukam sobie miejsca gdzie indziej” ( A. de Tocqueville, O demokracji w Ameryce, Warszawa 1976, s. 192).

Nie o wszechwładzę dla działacza, wodza, czy partii walczyli ludzie w „Solidarności”. Walczyli o tolerancję i demokrację. Prosto można wskazać, czym tolerancja jest: traktuj każdego innego człowieka tak, jakbyś sam chciał być traktowany; nie czyń drugiemu tego, co tobie niemiłe. Każdy kto postępuje inaczej, a postępuje najczęściej z powodów ideologicznych, przyczynia się dorozwoju nietolerancji i wzajemnej nienawiści. Tolerancja jest przymiotem społeczeństwa personalistycznego, którego priorytetem jest ludzka osoba i jej wolność. Każda wolność, która nie toleruje prawa do wolności dla innych istnień, zatruta jest jadem nietolerancji.

Nie jest oczywiście możliwa absolutna tolerancja. Dążenie do niej może przyczynić się do destrukcji państwa. Każdy pluralizm ma swoje granice, które są wyznaczone przez wartości fundamentalne. Taką granicę wyznaczał kiedyś etos solidarności, który opisywał wartości moralne, jak i społeczne oraz narodowe. Etos ten powinien był dominować nad sprzecznymi interesami partyjnymi i który nie mógłby być naruszony, ponieważ równałoby się to wyrzuceniem poza nawias działalności politycznej każdego działacza partyjnego czy też całej partii.

Obowiązują zasady zwyczajowe, moralne i prawne, które kreślą granicę tolerancji. Liberalizm bez tych granic mógłby prowadzić do relatywizmu moralnego, groźnego dla każdego człowieka, a przez to i dla struktur państwowych. Każdy ustrój państwowy, oparty na dowolnych zasadach ale zarażony moralnym relatywizmem tylko maskuje swój nieludzki charakter. Władza, wszystko jedno czy demokratyczna czy dyktatorska, nie może sama sobie przyznawać władzy nad prawem moralnym. Jeśliby demokracja zdecydowała się na absolutyzowanie tolerancję jako wartości najwyższej, oznaczałoby to klęskę wolności, na której tolerancja jest nadbudowana, gdyż nie można by było zakreślić obszarów wolności, gdyż mogłyby być one w każdej chwili naruszone ze względu na tolerancję.

Nie może być tolerancji dla osób łamiących zasady prawa, dla osób nawołujących do nienawiści wobec innych – nie tylko ze względu na ich rasę i narodowość. Nie może być tolerancji dla żadnego bandytyzmu: włącznie z państwowym i gospodarczym. Prawa człowieka winny stać ponad prawem danego państwa. Tolerancja ma służyć wolności człowieka, jego godności, a jej ramy powinien wyznaczać uznany etos wartości, które najszlachetniej starała się przekazać „Solidarność”.

Etosu nie ma. „Solidarność” jest dziś zupełnie czymś innym niż była 29 lat temu. Nie jest niczyją własnością. Jest porzucaną panną z bękartem, któremu na imię Etos.  

"W gwałtownych przemianach społecznych grozi zawsze niebezpieczeństwo i pokusa nadmiernego skupiania się na rozgrywkach personalnych. [...] Nie idzie o to, aby wymieniać ludzi, tylko o to, aby ludzie się odmienili, aby byli inni, aby, powiem drastycznie, jedna klika złodziei nie wydarła kluczy od kasy państwowej innej klice złodziei". Prymas kardynał Stefan Wyszyński, słowa do delegacji "Solidarności" Warszawa, 06.09.1980 r. __________________________________________________ O doborze reklam na moim blogu decyduje właściciel salonu24 Igor Janke. Nie podobają mi się, ale nie mam na nie wpływu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka