„Najbliższy kontakt utrzymywaliśmy z redakcją »Robotnika«, która nie prowadziła takiej działalności jak my, natomiast wydawała regularnie znakomite pismo. W codziennej pracy wyjaśniającej propagandowej bazowaliśmy głównie na »Robotniku«. Zbieżność naszych poglądów musiała być duża skoro bez porozumiewania się wpadaliśmy na te same pomysły, jak np. w akcji przed wyborami do Sejmu. Natomiast KOR był naszym autorytetem moralnym i »parasolem«. Mieliśmy pewność, że w przypadku szerszej akcji represyjnej wymierzonej przeciwko WZZ-tom KOR będzie nas bronił. Z wieloma członkami KOR łączyły nas więzi przyjaźni. […]
Oczywiście prywatnie każdy z nas posiadał poglądy polityczne. Sądzę, że wiele się nie pomylę twierdząc, iż większości z nas najbliższe były ideały i tradycje polskich socjalistów. WZZ-ty były otwarte dla wszystkich, ale ludzie o innych poglądach nie angażowali się w taką działalność jak nasza” – tak o roli środowiska KOR w działalności WZZ „Wybrzeża”, które doprowadziło do strajku w sierpniu 1980 r. i powstania „Solidarności” pisała J. Duda-Gwiazda w tekście Historia WZZ, „Solidarność” Pismo MKZ NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, 23.04.1981 r., nr 14/43.
KOR w sierpniu 1980 r.
Nie byłoby „Solidarności” bez KSS KOR. 10 sierpnia Bogdan Borusewicz, członek KSS „KOR” i współpracownik WZZ „Wybrzeża”, podczas radosnej popijawy w mieszkaniu Piotra Dyki (na okoliczność wyjścia z aresztu Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego) podjął decyzję o strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina i wyznaczył datę jego rozpoczęcia na 14 sierpnia. Młodzi stoczniowcy, członkowie WZZ: Jerzy Borowczak, Ludwik Prądzyński i Bogdan Felski mieli o godz. 6.00 zainicjować strajk, a Lech Wałęsa, jako najstarszy, otrzymał zadanie przedostać się rano na teren stoczni i stanąć na jego czele. Borusewicz przygotował tekst ulotki nawołującej do obrony zwolnionej z pracy Walentynowicz. Napisano w niej m.in.: „Jeżeli nie potrafimy się temu przeciwstawić, nie będzie nikogo, kto wystąpi przeciw podwyżce norm, łamaniu BHP, czy zmuszaniu do nadgodzin. We własnym interesie należy więc takich ludzi bronić. Dlatego apelujemy, wystąpcie w obronie suwnicowej Anny Walentynowicz. Jeżeli tego nie uczynicie, wielu z Was może się znaleźć w podobnej sytuacji”. Pod odezwą podpisali się: Bogdan Borusewicz, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Alina Pieńkowska, Maryla Płońska, Jan Karandziej i Lech Wałęsa. Borusewicz ulotkę wydrukował w nakładzie około 2000 egz. na powielaczu spirytusowym przy ul. Matejki w mieszkaniu Ligii Kilińskiej, a kolejne 8000 ulotek wydrukował Zbigniew Nowek oraz Piotr i Maciej Kapczyńscy w mieszkaniu Józefa Przybylskiego. Trzy transparenty z żądaniem przywrócenia Anny Walentynowicz do pracy i podwyżki płac wykonali bracia Petryccy z PWSSP w Gdańsku.
Zaraz po rozpoczęciu strajku jednym z najważniejszych zadań było poinformowanie Jacka Kuronia o rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej. Wspominała Alina Pieńkowska:
„Wykręciłam numer Jacka Kuronia. Na pewno już coś się z tymi telefonami działo, nie wiem, czy były słuchane, czy nie, ale Jacka głos się pojawił. Mówię: Jacku, chciałabym, żebyś zapisał postulaty. A Jacuś: Świetnie złotko, idę po długopis. Koleżanka stała na czatach, a ja czekałam, jak drzwi się otworzą i wpadną ubecy. To wyjście po długopis wydawało mi się wiecznością. Jacuś najpierw ochoczo wszystko pisał, mówił: tak, tak. Wreszcie mówię: Bezpieczeństwo dla strajkujących. On: Dla jakich strajkujących? Ja: Stocznia strajkuje. Wtedy on nieparlamentarnie coś powiedział – i rozłączyli rozmowę. Potem dzwoniliśmy do niego z telefonów kolejowych, bo kolej miała własną sieć łączności. Tyle że trzeba było się przebrać i wyjść ze stoczni bocznym wyjściem, żeby ubecy nie zauważyli. Nie wiedziałam, gdzie iść na tę kolej, więc poszłam do informacji. Stwierdziłam, że jak mają mnie szarpać, to lepiej żeby ktoś widział. Więc nie szłam do żadnych zawiadowców, tylko do okienka »informacja«. Była spora kolejka. Pytam: Czy mogę zadzwonić? Pani: Proszę. Uprzedzam, że jestem ze strajkującej stoczni. Ona: Proszę bardzo. Mówiłam rzeczy polityczne, przekazywałam apel do mieszkańców o żywność, a kolejka zachowywała się tak, jakbym pytała o godzinę odjazdu pociągu” (Alina Pieńkowska: O pamięć dla nich walczyliśmy, „Tygodnik Powszechny”, 03.11.2002, nr 44/2782).
Dzięki Kuroniowi informacje trafiały do zachodnich korespondentów i Wolnej Europy. Wkrótce o strajku w Gdańsku wiedział cały kraj. Także wkrótce, bo od 20 sierpnia, zaczęły się zatrzymania i aresztowania członków i współpracowników KOR oraz redakcji „Robotnika” w całej Polsce. Tego samego dnia w prasie i mediach państwowych pojawiły się odpowiednie komentarze, jak ta o Manipulantach w Stoczni:„Uzurpuje się prawo do decydowania o tym co jest dobre a co złe, co potrzebne a co zbędne, co wskazane a co obojętne dla codziennego życia setek tysięcy ludzi. W języku współczesnym działania takie określone są jednym powszechnie znanym słowem, którego tu jednak nie wypowiemy przez szacunek dla kultury politycznej i poczucia godności naszego społeczeństwa. [...] gdzie kończą się sprawy, oczekiwania i postulaty ludzi pracy, a gdzie zaczyna się gra polityczna i prowadzona przez manipulantów stojących za plecami robotników, techników i inżynierów [...]. Sam fakt obecności tych manipulantów oraz ich aktywne działanie dla nikogo nie jest tajemnicą. Co gorsze – zdają się oni nie mieć żadnych zahamowań w dążeniu do osiągnięcia wytkniętych celów, eskalacji napięcia i jeszcze głębszej dezorganizacji życia” – pisał propagandysta partyjny w „Głosie Wybrzeża” (organ prasowy PZPR) 20.08.1980 r. Ten język partyjnych propagandystów nie zmienił się do dziś, choć innym partiom oni obecnie służą…
25 sierpnia MKS uzależnił prowadzenie rozmów od przywrócenia łączności telefonicznej z resztą kraju. Aresztowano 8 członków KOR: Seweryna Blumsztajna, Mirosława Chojeckiego, Wiesława Kęcika, Jacka Kuronia, Jana Lityńskiego, Adama Michnika, Zbigniewa Romaszewskiego i Henryka Wujca.
Strajkujący uzależnili podpisanie porozumień od wypuszczenia wszystkich aresztowanych. Władza musiała się ugiąć, choć Jacka Kuronia wypuszczono dzień po zakończeniu strajku. Andrzej Gwiazda wiedząc, że w chwili podpisywania porozumień Jacek będzie jeszcze za kratami, zaufał wicepremierowi Jagielskiemu, a to dlatego, że odbył z nim bardzo nietypową rozmowę. Wspominał:
„niesłychanie ważną sprawą dla nas w tamtym czasie, już pod koniec strajku, było aresztowanie członków Komitetu Obrony Robotników oraz innych ugrupowań opozycyjnych. I wtedy stanęliśmy przed dylematem a właściwie, w moim pojęciu, próbą ogniową, która mogła zdecydować o całej przyszłości Solidarności. Były bowiem dwa wyjścia – za cenę podwyżek płac, swobód organizacyjnych, ustępstw ze strony władzy itd. musielibyśmy zrezygnować z walki o wolność naszych kolegów i koleżanek. Innym wyjściem było postawienie sprawy na ostrzu noża, zaryzykowanie wszystkiego, nawet tego cośmy do tej pory wywalczyli, w obronie wolności kilkunastu ludzi. Ja uważałem, że gdybyśmy wybrali tę pierwsza drogę, stracilibyśmy naszą siłę moralną, wiarygodność w oczach każdego uczciwego Polaka. A przecież to było wszystko co mieliśmy – tę siłę moralną i wiarygodność. Co prawda komuniści propagowali wtedy tezę o tzw. »pistolecie strajkowym«, ale wynikał on właśnie z poczucia sprawiedliwości, naszych racji i słusznych idei oraz z tego, że ludzie nam zaufali. I teraz, gdybyśmy zostawili naszych kolegów w więzieniu, myślę, że stracilibyśmy wiele z tego zaufania, co by było zresztą zupełnie zrozumiałą sprawą.
W trakcie dalszych negocjacji, jak zapewne wszyscy pamiętają, komuniści zwolnili w końcu więźniów politycznych […]. Zresztą, jak już mówimy o tych pertraktacjach, to przypomina mi się zupełnie anegdotyczna historia, która wynikła w czasie rozmów z Jagielskim, ówczesnym wicepremierem PRL. Otóż postanowiono w którymś momencie, że w sprawie więźniów politycznych mam się spotkać z Jagielskim w cztery oczy. No i któregoś dnia zaproszono nas obydwu do takiej trochę zaniedbanej sali, weszliśmy z przeciwnych stron, drzwi za nami zamknęli no i ja zacząłem się rozglądać dookoła, gdzie by tu usiąść. Na środku stał stolik, do którego gestem, bez słów, wicepremier mnie zaprasza. Ja patrzę się w górę a tam żyrandol wisi, no, wymarzone miejsce na niewidoczny mikrofon. W związku z tym, również bez słów, pokręciłem głową z powątpiewaniem, poczym pokazuję na to światło a Jagielski ze zrozumieniem kiwa głową i sam się zaczyna rozglądać po sali. W końcu obaj, w dalszym ciągu na migi, uzgadniamy, że najlepiej usiąść przy takim małym stoliczku pod ścianą, dookoła którego nic nie było, żadnych mebli, lamp, obrazów itd. Siadamy, ja macam pod krzesłem, szukając »pluskwy« i widzę, że mój kontrpartner też coś majstruje rękami dookoła siebie. Żeby zupełnie się upewnić, że nie mamy gdzieś koło siebie podsłuchu chciałem zajrzeć pod stolik a ten, zamiast się przechylić jedzie w górę. Okazuje się, że Jagielski w tym samym czasie wpadł na taki sam pomysł i też chciał zobaczyć co tam jest pod tym stolikiem i przechylał ze swojej strony. Tak więc zamiast »pluskwy« zobaczyłem pod meblem zaskoczoną twarz wicepremiera. No, muszę przyznać, że ten incydent nawiązał pomiędzy nami cieniutką nić porozumienia. W rezultacie dalszej rozmowy, Jagielski przechylił się w moją stronę i powiedział półgłosem: »Panie Gwiazda, obiecuję panu, że jeśli będę miał cokolwiek do powiedzenia, to oni (więźniowie polityczni) w ciągu sześciu godzin wyjdą. No a jeżeli nie będę miał nic do powiedzenia, to nasza rozmowa tu i teraz i tak nie ma znaczenia«. Muszę powiedzieć, że wtedy podjąłem chyba największe ryzyko mojego życia bowiem uwierzyłem Jagielskiemu. Na szczęście ten dotrzymał słowa, co prawda koledzy wyszli nie po sześciu godzinach ale trochę później, niemniej stali się ludźmi wolnymi”.
Walka o uwolnienie opozycjonistów w czasie strajku w sierpniu 1980 r. była tylko wstępna zapowiedzią tego, co działo sie w następnych miesiącach. 23 września, w obronie Jacka Kuronia i Maryli Płońskiej obradująca w Warszawie Komisja Porozumiewawcza NSZZ „Solidarność” opublikowała specjalne oświadczenie: „w Dzienniku Telewizyjnym nadano spreparowane wywiady z Marylą Płońską i Jackiem Kuroniem – osobami wspomagającymi MKZ NSZZ w Gdańsku. Audycja ta jest kolejną próbą dyskredytowania działaczy i osób wspomagających Niezależny Samorządny Związek »Solidarność«. Przypominamy, iż do tych samych metod sięgano kiedy odnawiano pertraktacje z gdańskim MKS. W ten sam sposób propaganda atakowała strajkujących jeszcze kilka tygodni temu. Komisja Porozumiewawcza NSZZ »Solidarność« oświadcza, że powstanie niezależnych związków nie byłoby możliwe bez pomocy ludzi dobrej woli, między innymi bez pomocy niezależnych działaczy demokratycznych, którzy od lat bronili krzywdzonych i prześladowanych. Bronili także ludzi będących teraz wśród nas: Annę Walentynowicz, Lecha Wałęsę, Andrzeja Gwiazdę, Kazimierza Świtonia, Andrzeja Kołodzieja, Alinę Pieńkowską, Jacka Pilichowskiego, kiedy wyrzucano ich z pracy i więziono za działalność na rzecz niezależnych związków zawodowych. Ci, których propaganda określiła jako »siły antysocjalistyczne« od czterech lat głoszą hasła wysuwane dziś w ogólnokrajowej dyskusji nad programem odnowy. Szkalowanie działaczy i osób wspomagających NSZZ traktujemy jako akcję wymierzoną przeciw niezależnym związkom i jako łamanie Porozumienia Gdańskiego, które poparli robotnicy z całej Polski”.
Natomiast Jacek Kuroń w podzięce za postawę robotników opublikował 24 września Do Stoczniowców i wszystkich robotników Wybrzeża List Otwarty, pisał m.in.:
„Zwracam się do Was, bo to przede wszystkim dzięki Wam – ja i moi koledzy z KSS »KOR« – zostaliśmy wypuszczeni z więzienia 1 września br. Był to jeden z punktów Porozumienia Gdańskiego. Zwracam się do Was, bo dziś cała machina propagandowa PRL strzela do mnie i do KOR-u tylko po to, aby w rezultacie trafić w Wasze przede wszystkim dzieło – w Związki Zawodowe.
Kampania oszczerstw została wymyślona po to abyście stracili odwagę i głowa po głowie oddawali swoich działaczy. Niby to chodzi tylko o Kuronia, ale niebawem może chodzić np. o Annę Walentynowicz, Lecha Wałęsę, Andrzeja Gwiazdę, Joannę Dudę-Gwiazdę, Andrzeja Kołodzieja, Alinę Pieńkowską, Jacka Pilichowskiego, których jak podkreśla oświadczenie Komisji Porozumiewawczej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego »Solidarność« z 24 września br. – bronił KSS »KOR«, kiedy wyrzucano ich z pracy i więziono za działalność na rzecz niezależnych związków zawodowych.
Niby to chodzi o Kuronia, ale naprawdę o to abyście uznali, że władza ma prawo wybierać kto może w Związkach Zawodowych działać, a kto w nich działać nie może. Już oni wtedy wybiorą ludzi najodpowiedniejszych – oczywiście – dla siebie. Wciąż jeszcze są tacy, którzy wierzą, że uda im się naśladować Goebbelsa: kłamać, kłamać, a coś z tego zostanie. [...] Po wielu latach ciężkiej pracy dowiedzieliśmy się, że jej owoce zostały zmarnowane. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej.
Nie możemy liczyć na dobrego sekretarza, sami musimy zorganizować się demokratycznie i wziąć w swoje ręce sprawy kraju. Nie możemy jednak usamodzielnić się w pełni. Musimy liczyć się z zewnętrznymi siłami, które stoją na straży kierowniczej roli partii w państwie. Świadomie więc rezygnujemy z części naszej samodzielności. Skupiamy się na Związkach Zawodowych, które mają rzeczywiście bronić praw pracowniczych; na samorządzie w przemyśle, który będzie walczył o samodzielność przedsiębiorstw; na organizacjach chłopskich, które będą walczyć o warunki rozwoju dla indywidualnego rolnictwa; na spółdzielczości – by stała się naprawdę spółdzielczością, by zarządzali nią spółdzielcy; na niezależnym ruchu studenckim, na samodzielności nauki, kultury, oświaty. Taka właśnie jest treść Porozumienia Gdańskiego, które jest Waszym przede wszystkim działem. Wypełnienie Porozumienia, praca nad tym, by nie zaprzepaścić wielkiej narodowej szansy, którą ono otwiera – jest naszym wspólnym zadaniem: wszystkich obywateli Polski, którzy myślą nie tylko o swoim osobistym lub klikowym interesie”.
Kłamstwa na temat KOR, naśladowanie Goebbelsa, aby kłamać, kłamać i kłamać, bo w końcu coś z tego zostanie, trwa od 30 lat – wciąż się to dzieje w imię różnych partyjnych i ideologicznych opcji. Wezwanie Jacka, aby myśleć o wspólnym interesie wszystkich Polaków, a nie interesie partyjnym, jest wciąż zadaniem podstawowym. Naród nie ma służyć „zasłużonym działaczom”, nie ma być oddany we władzę żadnej partii. Władza partii automatycznie oznacza powstanie nierówności, dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, na naszych i obcych.
Najpierw rozprawa z KOR a później z "Solidarnością"
Od zakończenia strajku władzePZPR nie marnowały czasu. Zwierano szeregi i przygotowywano strategię walki. Andrzej Żabiński, I sekretarz KW PZPR w Katowicach, podczas spotkania z aktywem partyjnym milicji i służby bezpieczeństwa 26 września mówił, że przede wszystkim należy skłócić nowe związki z działaczami KOR. Uznał to zadanie za najważniejszy oręż w walce z „Solidarnością”: „Oczywiście za tymi całymi związkami nowymi stoi KOR, jest to niewątpliwe i te wszystkie inne organizacje, zjednoczone zresztą. Sympatyzuje z nimi kler... Jak to się, czym się to skończy? No, powinno to się skończyć idealnie zjednoczeniem tych wszystkich związków, ale to może potrwać lata, ale cel pierwszy jest, znaczy, żeby nie wykosili tam członków partii, drugi cel żeby wykosili korowców, a po tym wszystkim inne rzeczy, po prostu trzeba pomału rozbić”. Żabiński nisko oceniał moralną wartość nowych działaczy związkowych. Prognozował:
Trzeba ich uwikłać w tysiące spraw, ja im współczuję, bo to są kochane, niekiedy młode chłopaki, a wdali się w tę wielką politykę, no ale nie ma innego wyjścia. Muszą wiedzieć, co to znaczy smak władzy. Należy im wszędzie udostępniać lokale. Najbardziej luksusowo urządzać jak tylko można. Ja to już ciągle mówię, ale jeszcze raz powtórzę w tym gronie: nie znam człowieka, którego by władza nie zdemoralizowała, to tylko kwestia jak szybko i w jakim stopniu. To się już u nich obserwuje, łatwy dostęp do pieniędzy, taksówkami do Gdańska, telefony, kontakt z sekretarzem KW, z wicepremierem, jeżdżą i po prostu zaczynają szastać pieniędzmi, [...] a więc jest to kierunek słuszny.
Władza najbardziej się bała, że różne ugrupowania opozycyjne dojdą do porozumienia wokół najważniejszych dla „Solidarności” spraw, o których pisał m.in. Jacek Kuroń. Gdyby „Solidarności” udało się wokół nich zjednoczyć i działać wspólnie dla wspólnego dobra, a przy tym mieć błogosławieństwo Kościoła, to historia musiała by się potoczyć inaczej… Najważniejsze było budowanie fundamentów dla państwa obywatelskiego, samorządnego i odebranie władzy wszechpotężnej administracji państwowej kierowanej przez partię.
Idea skłócenia i eksponowania konfliktów wewnątrz „Solidarności” była skutecznie prowadzona przez Służbę Bezpieczeństwa, partię i państwowe media nieustannie. Prowadzono gry operacyjne, które miały za zadanie wyhamować i sparaliżować Związek przez skłócenie jego kadry kierowniczej bez wzmacniania autorytetu żadnej ze stron. SB chciała doprowadzić do tego, aby Kościół krytykował i kompromitował korowców, a „Gwiazdozbiór” Lecha Wałęsę. Grano także pomniejszymi działaniami i mniej znaczącymi środowiskami. Dlatego też już podczas trwania strajku sierpniowego zaczęło narastać napięcie między KOR a innymi środowiskami opozycyjnymi i ludźmi mającymi wkrótce tworzyć nowy Związek. Przez następne miesiące wciąż oskarżano korowców, że byli nadmiernie radykalni, że dla władz PRL oraz Moskwy stanowili symbol kontrrewolucji, co miało powodować, że dialogu z władzami PRL był niemożliwy. Wciąż sugerowano, że usuniecie korowców spowodowałoby możliwość porozumienia się Kościoła z władzami PZPR, co przyczyniłoby się do wzmocnienia „Solidarności”. Władze prowadziły otwarte działania propagandowe oraz wykorzystywały przy pomocy SB setki tajnych współpracowników, aby tylko rozbić i skłócić różnorodny ruch „Solidarności”. Sprzyjały także stronnikom stronnictwa narodowego, którzy z przyczyn ideowych za głównego wroga nie uważali nacjonalistów z PZPR lecz KOR, „gwiazdozbiór”, a także „Solidarność”.
Samoograniczająca się rewolucja
Przez całą jesień 1980 roku „zaplecze intelektualne” i liderzy „Solidarności” szukali wciąż odpowiedzi na podstawowe pytania. Czy „Solidarność” miała poprzez fakty dokonane, ale w ramach „samoograniczającej się rewolucji, wymuszać zmiany prawa, co sugerował m.in. Jacek Kuroń, czy też powinna się ograniczyć do działania w ramach obowiązującego prawa, dążąc drogą układów i kompromisów z rządzącymi do poszerzania ram wolności, jak chciał polski Kościół? Te dwie przeciwstawne koncepcje żyły w „Solidarności” od początku jej istnienia przez następne lata.
W listopadzie 1980 r. tekst Nadzieja i zagrożenie opublikował w „Biuletynie Informacyjnym” Adam Michnik, który tłumaczył, na czym w 1980 r. powinien polegać realizm polityczny:
„nie postuluję tu ani walki o niepodległość, ani też dążenia do parlamentarnej demokracji, choć zawsze deklarowałem, jak bardzo drogie są mi te wartości i dziś się tych deklaracji nie wyrzekam. Twierdzę wszakże, że kto dzisiaj ufa w realizm takich postulatów, ten bierze zasadniczy rozbrat ze zdrowym rozsądkiem i poczuciem narodowej odpowiedzialności. Postuluję tu kompromis z władzą, której nie lubię, której zasady nie podobają mi się, ale która jest dla nas tym samym, co gipsowy gorset dla chorego: jest uciążliwa, ale niezbędna. Zmieniona sytuacja wymaga gruntownej rewizji myślenia
u wszystkich. U ludzi władzy i u nas samych. Inaczej mogliśmy rozumować, gdy ryzykowaliśmy własne głowy, własną wolność, inaczej musimy rozumować, gdy chodzi
o narodowe »być albo nie być«. Można ludzi władzy nie lubić, ale trzeba w nich widzieć partnerów negocjacji. [...]”.
W myśleniu o „Solidarności” i jej programie musiano uwzględniać geopolityczny punkt widzenia. Możliwości społeczeństwa kończyły się tam, gdzie groziły one naruszeniem militarnego, politycznego i ideologicznego interesu ZSRR. Liderzy Związku i zaplecza intelektualnego musieli ludziom wytłumaczyć, dlaczego nie wszystkie postulaty społeczne mogły być podnoszone przez Związek. Jeśli bowiem wyznaczyło się samemu sobie granice dla „rewolucji bez rewolucji”, to trzeba było wyraźnie mówić, dlaczego one istniały.
W „Solidarności” nieobce były nastroje radykalne. Jednym z powodów była rywalizacja między działaczami, którzy ścigali się w szukaniu popularności. Był to bowiem czas kiedy pojawiła się możliwość niesamowitego awansu społecznego dla wielu, którzy wcześniej byli nikim a nagle mogli zostać drugim człowiekiem po dyrektorze, albo nawet pierwszym. Ludzie mieli perspektywę awansu na szczeblu regionalnym i krajowym. Nie istniały żadne bariery. Nie ważne było wykształcenie. Pojawiło się więcej chętnych niż było miejsc.
Innym powodem radykalizacji nastrojów było, coraz ostrzejsze dążenie władzy do zdławienia „Solidarności” i próbowanie wycofania się z zawartych 31 sierpnia porozumień. Toczyła się walka wokół rejestracji statutu Związku. Niektórzy działacze byli przekonani, że partia jest w rozsypce, a władza leży na ulicy i należy po nią sięgnąć... Tymczasem, właśnie z powodu poczucia własnej słabości oraz z powodu zaleceń kremlowskiej „komisji Susłowa” od połowy października 1980 r. zaczęto uaktualniać w Warszawie plany stanu wyjątkowego, a komuniści radzieccy analizowali możliwość zbrojnej interwencji, do której mogło dojść w grudniu 1980 r.
Prymas Wyszyński będąc świadomy międzynarodowych uwarunkowań położenia Polski apelował o rozsądek i główny nacisk kładł na formowanie się nowej postawy człowieka. Uważał, po pierwsze, że nic pozytywnego dla rozwoju narodu nie spowoduje wymiana jednej elity władzy na nową, gdy ta nowa nie będzie cechowała się wysokimi standardami moralnymi. Moralność ludzi pracy prymas Wyszyński oceniał w latach siedemdziesiątych negatywnie i silnie piętnował nieposzanowanie dla pracy i własnych obowiązków. Obwiniał za to system sprawowania władzy w PRL i ateistyczną ideologię.
Oskarżany o radykalizm Jacek Kuroń, też apelował o rozważne działania. Udowadniał, że w przypadku rozważnego działania nie jest możliwa radziecka interwencja – samo jej wspomnienie w tekście wywołało burzę. W tekście Czy grozi nam interwencja? wyłożył podstawowe dylematy stojące przed „Solidarnością” i opozycją:
„Jakie są w tej chwili nasze granice wolności? Jak daleko możemy się posunąć, by nie doszło u nas do tego, co stało się w Czechosłowacji w 1968 r.?
Ciągle ktoś się boi, że takim przekroczeniem granicy może być jakieś konkretne wydarzenie, np. decyzja »Solidarności« o strajku. Otóż pomysł patrzenia na rzeczywistość w ten sposób, że interwencja nastąpi, bo wywiesi się gdzieś transparent antyradziecki albo ktoś z KOR-u będzie miał jakąś funkcję w »Solidarności«, jest kompletnie bez sensu. Rosjanie tutaj wjadą lub nie wjadą w zależności od swoich możliwości interweniowania oraz od tego, czy uznają, że Polska wymyka się z ich sfery wpływów.[…]
Mamy więc z jednej strony te wielkie ruchy społeczne, tę samodzielność, samorządność w różnych dziedzinach życia, z drugiej zaś – konieczność zachowania tzw. kierowniczej roli partii, czyli jej panowania nad centralną administracją, policją i wojskiem. Obydwie te rzeczy trzeba pogodzić. Musimy to zrobić. Musimy stworzyć zupełnie nowy model oparty na kompromisie.
Chodzi o to, aby to wszystko, co stanowi politykę wewnętrzną państwa, było ustalane w drodze negocjacji między zorganizowanym w samorządne i niezależne organizacje społeczeństwem a władzami państwowymi. Nowy model stosunków społecznych to właśnie instytucjonalne formy tych negocjacji. [...]
Proces tworzenia się tych ruchów, wypracowywania nowego modelu jest zarazem procesem wyrywania władzy komunistycznej kolejnych dziedzin życia społecznego. Takie ograniczenie władzy komunistów może prowadzić do tego, że całkiem ją utracą. I w tym sensie musimy ryzykować wjazd radzieckich czołgów.
Ale ponieważ tego nie chcemy, to nie chcemy również, nie wolno nam przekroczyć tej granicy, którą jest obalenie centralnej władzy komunistycznej. Nie przekroczymy jej tylko wówczas, gdy wypracujemy instytucjonalne formy negocjacji. Bez tego każdy kolejny i nieunikniony w obecnych warunkach konflikt grozi wybuchem, a tym samym stwarza ryzyko niezamierzonego obalenia władzy.
Jestem przekonany, że interwencji nie będzie. Nie jest to wiara irracjonalna. To co się dotychczas zdarzyło, to co się nam udało osiągnąć pokazuje wyraźnie, że istnieją w naszym społeczeństwie siły, zdolności i możliwości, żeby zorganizować się i dokonać niezbędnych reform, nie naruszając granic strzeżonych przez radzieckie czołgi”.
Tekst Jacka był komentowany nie tylko przez władze partyjne, ale i polski episkopat. Ksiądz Alojzy Orszulik, dyrektor Biura Prasowego Episkopatu Polski, na konferencji prasowej dla dziennikarzy zagranicznych 12 grudnia 1980 r. pytany przez korespondentów zagranicznych o ostrzeżenia wyrażone w 177 komunikacie Episkopatu Polski, w którym przestrzegano przed narażaniem ojczyzny na utratę wolności, powiedział, że odnosi się to do rządzących, jak i do opozycjonistów z KPN i KOR. Wymienił przy tym Jacka Kuronia oraz jego artykuł w „Robotniku”. Wypowiedź tę skwapliwie wykorzystała partyjna propaganda. Minister Milewski interpretował to wystąpienie jako atak na przeciwników PZPR i wręcz zgodę na aresztowanie Kuronia. Do Episkopatu zaczęły napływać liczne listy z wyrazami poparcia dla Kuronia. W końcu w tej sprawie 5 stycznia 1981 roku prymas Wyszyński zaprosił do siebie na spotkanie 7-osobową delegację warszawskiej „Solidarności” z jej przewodniczącym Bujakiem na czele oraz przedstawicieli KSS KOR – Henryka Wujca i Adama Michnika. Ks. prymas jednoznacznie potwierdził stanowisko Kościoła wobec obrony praw człowieka i obywatela. Stwierdził, że wypowiedź rzecznika prasowego Episkopatu ks. Orszulika na konferencji prasowej 13 grudnia 1980 r. została błędnie przekazana i nadużyta.
KOR-em w Walentynowicz i "gwiazdozbiór"
Środowisko KOR było atakowane nie tylko przez władze. Krytykowano je z biegiem kolejnych tygodni coraz mocniej wewnątrz „Solidarności”. W gdańskiej „Solidarności” podczas posiedzenia Prezydium MKZ 15 października nie szczędziło sobie słów krytyki pod własnym adresem. Wałęsę krytykowano, za zbyt małe zajmowanie się organizowaniem Związku, a Borusewicz za brak stałych kontaktów z komisjami zakładowymi. Lech Bądkowski uważał, że w piśmie „Solidarność”, którą redagowała Joanna Gwiazda, żadną miarą nie powinno się drukować tekstów Kuronia i tekstów o KOR. Odpowiedział mu Andrzej Gwiazda: „list Kuronia, informacja o KOR – wyjaśniają sprawy zasadnicze, mamy obowiązek to pokazać, zamykając usta stoimy po stronie władzy”.
W całej pełni ataki w „Solidarności” na korowców i ludzi z nimi kojarzonymi uwidoczniły się w grudniu 1980 r.10 grudnia członkowie społecznych komitetów budowy pomników w Gdańsku i Gdyni, Henryk Leneraciak (przewodniczący gdańskiego komitetu), Zygmunt Manderla (sekretarz gdańskiego komitetu), Andrzej Kozicki (przewodniczący gdyńskiego komitetu), Adam Gotner (komitet gdyński), H. Knapiński oraz A. Walentynowicz a także Marek Mikołajczuk i Bogdan Felski wzięli udział w spotkaniu u wojewody w celu omówienia szczegółów związanych z uroczystościami odsłonięcia pomnika w Gdańsku. Po stronie wojewody udział wzięli ministrowie Ciosek i Jedynak oraz I sekretarz KW PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach.
Walentynowicz przed spotkaniem usiłowała wręczyć Lenarciakowi pismo z czterema podpisami, w którym protestowała przeciwko zmianie nazwy pomnika i żądała umieszczenia na cokole innego napisu niż to zostało ustalone z wojewodą. Zamiast „Ofiarom Grudnia 1970 – Społeczeństwo” jej zdaniem miał być napis „Poległym Stoczniowcom – Społeczeństwo”. Lenarciak pisma nie przyjął tłumacząc, że nikt nie zmienia nazwy. W czasie spotkania Walentynowicz mówiła przez długi czas, zaprotestowała przeciwko zmianie nazwy pomnika na „Ofiarom Grudnia 1970 – Społeczeństwo” i domagała się przyjęcia nazwy „Pomnik Poległych Stoczniowców”, co zostało wcześniej zapisane w akcie erekcyjnym. Oświadczyła, że nie jest przeciwna budowie pomnika pojednania, gdy przyjdzie na to pora i że obecnie nie ma z kim się jednać. Sugerowała, że SKBP został przekupiony przez władze, że jeśli będzie zmieniona nazwa to może wybuchnąć w Stoczni strajk. Wojewoda Kołodziejski zaprzeczył, że pomnik ma mieć zmienioną nazwę, Lenarciak i Manderla także. Wyjaśniano, że z pojednaniem chodzi nie o nazwę lecz o symboliczne znaczenie uroczystości. Dalej Walentynowicz zaprotestowała przeciwko umieszczeniu na pomniku nazwiska milicjanta, który zginął pod Stocznią, gdyż nazwisko to może zostać zamalowane przez stoczniowców farbą lub smołą. Zażądała, aby przed pomnikiem mogli złożyć wieńce i mogli przemawiać także przedstawiciele KSS KOR, RMP i ROPCiO, gdyż dzięki nim doszło do tej uroczystości.
Z powodu słów Walentynowicz doszło do tego, że przedstawiciele Episkopatu zapowiedzieli, że skoro w Gdańsku ma być strajk i możliwe są niepokoje, to nie przyjadą na uroczystości, a telewizja państwowa odwołała przeprowadzenie transmisji. Borusewicz i Kołodziej uważali, że była to celowa manipulacja władz, której zależało na zamieszaniu w szeregach „Solidarności”.
Dwa dni później przedstawiciele SKBP pojechali do Warszawy, aby zapewnić wszystkich zainteresowanych i zaproszonych, że w Gdańsku jest i będzie spokój. Uzyskali zapewnienie od bp. Dąbrowskiego, że Episkopat będzie uczestniczył w uroczystościach odsłonięcia pomnika.
Po powrocie z wyjazdu do Warszawy przedstawiciele SKBP Kozicki opowiedział o spotkaniach w Warszawie i zreferował powstałą sytuację. Dariusz Kobzdej zapewnił, że RMP nie organizuje żadnych protestów. Borusewicz mówił, że nic nie wie, aby KOR coś przygotowywał i złożył deklarację, że KOR nie weźmie udziału w uroczystościach. Zdaniem Borusewicza, Episkopat o domniemanych planach wzięcia udziału opozycji w uroczystościach odsłonięcia pomnika dowiedział się od władz i to spowodowało, że rozważa swój udział i żąda gwarancji, że nie dojdzie do strajków i demonstracji grup opozycyjnych. Ks. Jankowski, jak wspominał Kozicki, powiedział, że Walentynowicz przeszkadza w uroczystościach. Kozicki podsumował, że jedynym wyjściem będzie wyjazd Wałęsy do Warszawy i zaświadczenie swoim autorytetem, że A. Walentynowicz nie jest już w MKZ.
Walentynowicz zaprzeczyła, aby zapowiadała na spotkaniu akcję strajkową. Wałęsa powiedział, że jedyną możliwym wyjściem, aby doszło do planowanego odsłonięcia pomnika jest wycofanie się Walentynowicz z MKZ. Walentynowicz zgodziła się, ale poprosiła, aby odbyło się to publicznie na Plenum. Wałęsa zaproponował Borusewiczowi, aby przeprowadził odwołanie Walentynowicz na Plenum. Borusewicz odpowiedział, żeby zrobił to sam. Do postawienia sprawy odwołania Walentynowicz na Plenum nie doszło. Przedstawiciele SKBP uzależnili za to swoją dalszą pracę w komitecie od przegłosowania na Plenum MKZ propozycji swojej uchwały nawołującej do zachowania spokoju.
Do zgodnego z planami odsłonięcia pomnika w końcu doszło. Władza osiągnęła to, co chciała – wieńców pod pomnikiem KOR, RMP i inne organizacje opozycyjne nie złożyły, a Walentynowicz siedziała podczas uroczystości w dalszym rzędzie.
Po rozegraniu przez władzę sprawy odsłonięcia pomnika widać jak sprytnie i umiejętnie wzbudzano wewnątrz związku podejrzliwość, jak potrafiono grać opinią Kościoła – przez przekazanie nieprawdziwych informacji o grożących niepokojach i przygotowaniu strajku. Czy robiono to wprost, czy też przy pomocy tajnych współpracowników, nie wiem. Gdyby władza bezpośrednio informowała duchownych, to dziwiłoby mnie, że nie sprawdzali informacji u źródła, ale może nie sprawdzali dlatego, że od początku nieufnie traktowali osoby opisywane jako mające kontakty z KOR.
Wszytkiemu winien KOR
Od sprawy zamieszania wokół uroczystości odsłonięcia Pomnika Poległych Stoczniowców coraz częściej posługiwano się wewnątrz „Solidarności” „korowskim straszakiem”. W walce ze swoimi przeciwnikami argumentem związków z KOR coraz chętniej posługiwał się Wałęsa i większość sprzyjających mu osób. 29 marca 1981 Tygodnik „Przekrój” wydrukował szereg cytatów z przemówień Wałęsy, m.in.: „Korzystamy z grupy doradców korowskich, ale mówiliśmy od początku, że »Solidarność« pozostanie czystym ruchem związkowym. Czystym – to znaczy ani Kościół, choć jestem wierzący, nie będzie nim sterował, bo Kościół ma inne cele, ani żadna inna grupa, włącznie z KOR. »Solidarnością« sterować będą wyłącznie ludzie pracujący”.
Argument korowski był często używany – m.in. w trakcie ogromnej awantury, do jakiej doszło po wydarzeniach bydgoskich na początku kwietnia 1981 r. między Anną Walentynowicz a Komisją Zakładową Stoczni Gdańskiej, która 1 kwietnia postanowiła odwołać Walentynowicz ze składu Prezydium MKZ w Gdańsku. Dzień później Prezydium MKZ Gdańsk uznało stoczniową uchwałę za nieprawomocną. W uchwale zaapelowano: „Anna Walentynowicz jest symbolem ruchu związkowego, w jej obronie rozpoczął się strajk w Stoczni. Popularność Anny Walentynowicz daleko wykracza poza Stocznię i Region. Apelujemy do załogi Stoczni, aby stanęła w obronie Anny Walentynowicz przed manipulacjami ludzi, którzy rozgrywki personalne stawiają ponad interesem Związku”.
W trakcie obrad Prezydium doszło do bardzo nerwowej wymiany zdań (na podstawie stenogramów przechowywanych w Archiwum KK „Solidarności”):
„L.W. – Mówi, że nie przyczynił się do tego. Powiedziałem Jackowi, aby do pierwszego poniedziałku rozwiązał KOR, dlatego robi takie numery. Podkreśla też szczerze, że byłby zachwycony, aby p. Ania odeszła. Ale tej sprawy rzeczywiście nie chciał, bo chwila była zła. KOR wsadził w plecy nuż KPN-owi, bo działa chamsko.
A.W. – Tajne zebranie na T2. Dlaczego oderwanie od klasy robotniczej?
L.W. – Od politykowania nie jesteś ty Aniu, jeszcze porozmawiamy.
A.W. – Od politykowania nie jest Mietek, dlaczego siedział przy stole z rządem?
L.W. – Nie daliście mi sekretarki. Ktoś musiał pisać.
A.W. – Gdzie jest protokół?
A.K. [Kołodziej] – Jest stały sekretarz KKP i to jest obowiązkiem jego i te zasady trzeba przyjąć.
L.W. – Już nie ma, a Mietek to dobrze robi, ma średnie wykształcenie. Jest ogólna kłótnia w całym kraju […].
A.K. – Ludzie chcą oderwać ciebie od KK i załatwić ciebie w pojedynkę.
L.W. – Ja tę sprawę wygram, ale dajcie mi szansę. […] Nie daliście mi jej i takie są efekty. Strajk zatwierdzony był, tylko miał być przełożony. Potem telefon, że rozmowy przełożone, Bóg wie na kiedy. Zadzwoniłem do Karola. Nie jestem zdrajcą, ale graczem, który ma trochę szczęścia. Dajcie mi grać. […]
B.L. – W liście Rulewskiego jest atak na ciebie. Oklaskiwany był on przez stoczniowców, nie przez KKP.
L.W. – Bo sprawa była wcześniej podkręcona. Nie ja stocznię ustawiałem. Pani Ania miała na to czas. […]
M.B. [Błoniarczyk] – Dzieje się rzecz dziwna, gdy wyjeżdżasz poza Gdańsk. Prezydium wpada w szał. […] Wczoraj była decyzja KZ Stoczni Gdańskiej i oświadczenie prezydium broniło p. Anię. Ja tego oświadczenia nie podpiszę. To, że ta sprawa została wprowadzona na Plenum, to jest kardynalny błąd. P. Ania mówiła przeciwko Lechowi. […]
A.K. – To, co się stało nie odwróci się.
L.W. – Tak, moim wystąpieniem.
A.K. – Gdybyś sam powiedział na wstępie, że oceniasz to negatywnie, wszystko to byłoby załatwione bez awantur. Kompletny brak zaufania wewnątrz Prezydium. Zaczęło się to tworzyć pod koniec września w Bydgoszczy, sam naskoczyłeś na nas ze Zdzichem. Powiedziałeś, że przyjechaliśmy cię kontrolować. Określiłeś, że sprawy związkowe są zapieprzone przez nasze spory personalne. To, co się działo wczoraj i przedwczoraj, świadczy o tym, że związek zbliża się do rozłamu. Powinniśmy pokazać naszą jedność, jak podkreśliło Plenum. Mamy prawo mieć różne zdanie, ale tu na Prezydium.
L.W. – Prosisz mnie, abym coś powiedział o p. Ani na KKP. Powiedziałem, że to nie jest, a wy potem robicie mi taki numer.
A.K. – Sprawa p. Ani została postawiona publicznie, ale p. Ania nic o tym nie wiedziała.
L.W. – Kanały trzeba oczyścić. […]
A.O. [Opiela] – […] Decyzja o odwołaniu strajku – błąd skandaliczny. Ludzie nie rozumieją tego, co osiągnęliśmy. Pan jest pod wpływem stoczni. Niech Pan złoży oświadczenie w Stoczni, że podporządkowuje się jedynie Plenum MKZ. Na Stoczni było wszystko przygotowane.
L.W. – Nie złożę go. Stoczni muszę podlegać – jestem przewodniczącym. […] Pani Aniu, pani robi błędy. Pani zapewnia, że pani nie jest w KOR a w związkach. Oni mi chleb dawali i za nich będę walczył. Ale jak oni będą uważali, że KOR ważniejszy, to się nie zgodzę z nimi. Załatwiłaś Jackowi wszystko, co chciał, ale zaprzestań”.
Gruszecki ostrzegał: „Zostaliśmy podzieleni. Jest rysa w »Solidarności«, w którą partia będzie wstawiała łomy. Winnych szukałbym w UB, nie u p. Ani w Stoczni. Poczułem się tu zbędny. Rola moja jest znikoma. Stocznia stała się twoim bastionem. […] Czuję się jak 5-te koło u wozu. Weź Stocznię zamiast Prezydium”. Wałęsa odpowiedział: „Powiem Stoczni, ale żadnych oświadczeń nie będę składał. Nie ja źle chciałem, nie ja atakowałem”.
Sprawą odwołania Walentynowicz z Prezydium MKZ zajmowano się przez wiele tygodni. Pani Anna udzielała wywiadów, Andrzej Gwiazda napisał List Otwarty do Wałęsy, na co Wałęsa napisał List Otwarty do Gwiazdy. Jeden zarzucał nieszanowanie zasad jawności i demokracji, a drugi niezważanie na pryncypia i… demokrację. 9 kwietnia Gwiazda pisał do Wałęsy:
„Przełamanie bariery strachu i obrony własnych poglądów oraz organizowanie się d1a ich realizacji – takie były główne cele Wolnych Związków Zawodowych, w których obaj byliśmy działaczami. Osiągnięcie tych celów wymagało współpracy inteligencji i robotników. Od powstania KOR-u zakończył się okres izolacji warstw społecznych, kiedy to osamotnione protesty – inteligencji w 1968 r. i robotników w 1970 r. – musiały kończyć się klęską. Nasza działalność była zbieżna z KOR również w tym, że obronę każdego człowieka represjonowanego za przekonania uważaliśmy za swój podstawowy obowiązek. Był to elementarny warunek naszego działania.
[…] Jakże odległym wydaje się czas dzielący nasze wspólne rozdawanie ulotek od masowej, oficjalnej organizacji z etatami, funduszami, działaczami, którzy stale prowadzą negocjacje z rządem... Jest jednak oczywiste, że »Solidarność« realizuje cele i wartości WZZ-tów. Jest historyczną szansą i nadzieją Polski – związkiem zawodowym, ale także ruchem rewolucji moralnej, który stał się fundamentem wszelkich społecznych przemian. Każdy cień na związku godzi boleśnie w serca Polaków. Wewnętrzna demokracja jest potrzebą naszego związku. Antydemokratyczne otoczenie, zagrożenie zewnętrzne, ciągłe walki i napięcia – wszystko to powoduje, że w całym związku, od góry do dołu, występują tendencje odchodzenia od zasad demokratycznych. Jeśli jednak związek walczyć będzie metodami narzuconymi przez swoich przeciwników – musi przegrać! […]
Każdy członek związku winien zachować prawo do krytyki również po podjęciu decyzji przez związek. Dyscyplina związkowa wymaga podporządkowania się przyjętym uchwałom, lecz pozostawia prawo do własnego zdania na ich temat. Tym różnimy się od organizacji totalitarnych. Tymczasem krytyka podjętej m.in. przez nas obu decyzji z dn. 31 marca i krytyka – miernych przecież rezultatów negocjacji z rządem posłużyła za okazję do akcji podjętej przez wrogów »Solidarności«, bądź ludzi naiwnych. Broni się nas przed jakimiś wymyślonymi wrogami z KOR-u.
[…] Idzie tu o skłócenie i rozbicie związku. Idzie o zgodę na represje wobec działaczy i ekspertów z kręgu KOR-u. My będziemy następni w kolejce. Ze swej strony chcę oświadczyć, że nie życzę sobie takiej obrony. Nie potrzebuję popierających grupę negocjacyjną listów i telegramów. Te rozbijackie deklaracje czytam z odrazą. Wierzę, że Ty również. Oświadczam, że krytyka przewodniczącego czy v-ce przewodniczącego KKP jest zjawiskiem normalnym”.
Tego dnia podczas zebrania Prezydium MKZ Wałęsa odniósł się do opublikowanego listu: „Na ścisłym Prezydium na »zielonej trawce« umówiliśmy się, że nie dopuszczamy do kłótni w Związku, z podjazdami. Ten list, który wysłał w Polskę A. Gwiazda, podważa jedność Związku. Mówiąc o demokracji, że on się cofa, podważył jednak jedność Związku. Wyłamał się. Nie gniewajcie się. Odpowiem mu tak, że on nie będzie gwiazdą. Mocno skrzywdził mnie. Wybaczcie, że znów będę musiał świństwo zrobić. Jest to list otwarty do L. Wałęsy. Muszę odpowiedzieć, nie mam wyboru. […] Odpowiem, że jestem za demokracją, ale nie za gęganiem. Za demokrację walczę o czysty Związek, ale bez szaleńców. Nazwę Andrzeja szaleńcem”.
Natomiast także w tym dniu Leszek Świtek przeprowadził wywiad z Anną Walentynowicz, który został wydrukowany w gdańskim piśmie KZ Portu Gdańskiego „Portowiec” (nr 28) tydzień później. Tłumaczyła w nim, że konflikt z KZ Stoczni Gdańskiej rozpoczął się już w sierpniu 1980, a w grudniu z tego powodu nie pozwolono jej podczas uroczystości złożyć pod pomnikiem kwiatów. Obwiniła stoczniowców o to, że pierwsze skrzypce podczas odsłonięcia pomnika grali przedstawiciele władzy. Powiedziała, że Wałęsa broni tylko własnych interesów, że dał polecenie stoczniowcom, „aby pomogli oczyścić jemu MKZ z wszystkich mających powiązania z KOR. […] Zapomina skąd się wywodzi, bo władzom tak na rękę – nie mówić o KOR, zlikwidować KOR, nie zdaje sobie sprawy, że po KOR zlikwidują »Solidarność«”.
23 kwietnia podczas kolejnego posiedzenia Prezydium MKZ Gdańsk głównym tematem była sprawa Anny Walentynowicz. Na wstępie Borusewicz jednoznacznie wskazał winnego całej sytuacji – partia i SB, która potrafiła zainspirować komisję zakładową Stoczni. Niepokoił go atak na Prezydium MKZ i ludzi związanych z KOR. Zapowiedział odejście, jeśli sprawa Walentynowicz nie zostanie „okręcona”. Alina Pieńkowska zarzuciła Wałęsie, że działa na korzyść SB i także zagroziła odejściem. Gruszecki ponowił swoje wezwanie do złożenia przez Wałęsę specjalnego oświadczenia. Wałęsa wciąż twierdził, że jest krytykowany niesłusznie, bo tego nie chciał, a Stocznia to wszystko zrobiła sama. Przedstawiciel Stoczni, pan Nowicki, twierdził, że nie byłoby całej sprawy, gdyby Walentynowicz nie była w czasie strajku na kilku wydziałach i nie mówiła o Wałęsie, a stało się tak, że to rozniosło się po Stoczni i wykorzystała to partia, która zaczęła informować, że „Solidarność” się rozbija. Uważał, że komisja zakładowa Stoczni Gdańskiej nie miała wyjścia i musiała zareagować. Odparł mu Borusewicz, że każdy ma prawo mówić i krytykować wszystko i wszystkich. Jeśli zobaczyli w postępowaniu Walentynowicz problem to powinni przyjść z nią na spotkanie do MKZ, a nie publikować swoje oświadczenie, a tak wszyscy zostali wpuszczeni w kanał, w który wepchnęła ich partia. Oburzony Gruszecki twierdził, że postąpili gorzej niż cenzura i pytał retorycznie, czy po tylu latach w Stoczni nie mogła powiedzieć tego, co myśli? Gwiazda do stoczniowców powiedział, że stanęli na stanowisku partii bolszewickiej i faszystowskiej. Lis zwrócił uwagę na negatywną działalność w MKZ pana Burego, którego urlopowano, gdyż rozpowiadał nieprawdziwe informacje o nim, Gwieździe i Walentynowicz, i mógł się też przyczynić do tego, co się stało. Uważał, że sprawą zasadniczą jest znalezienie wyjścia z całej sytuacji, gdyż sprawa Walentynowicz stała się sprawą ogólnokrajową. Pytał: „jak oceni to historia, czy mieliście w ogóle prawo robić coś takiego”. Stoczniowcy odpowiadali, że w czasie strajku musiała być w Stoczni dyscyplina, nie można było wówczas rozbijać „Solidarności”. Zwracali uwagę, że po każdym wyjeździe zagranicznym pełno było plotek – wskazywali, że wykorzystywała to SB, a Walentynowicz nie jest bez skazy i o tym na zebraniu swojej komisji dyskutowali.
W tym momencie Wałęsa powiedział, że „pani Ania zrobiła źle i to jest moje zdanie. Jeśli uważacie, że pani Ania zrobiła dobrze, nie ma o czym mówić. Skończmy całą sprawę”. Przerwał mu A. Gwiazda: „Czyli ty to konspirowałeś”. Wałęsa: „Nie. Jacek Kuroń i KOR. Nie chciałem o tym mówić. Nie ja zacząłem”.
Wymieniano się uwagami, że na pewno wszystko i wszyscy są podsłuchiwani przez SB, że oni wiedzą o wszystkich kłótniach i nieporozumieniach, że na pewno roznoszą plotki i ulotki, i dlatego należy postępować rozważnie, a nie działać tak, jakby się chciało popełnić samobójstwo. Zastanawiano się jak wyjść z sytuacji – optowano za jak największą jawnością, aby ludzie zrozumieli, o co chodzi. Zaproponowano otwartą dyskusję, ale Wałęsa zgłosił jeden warunek – Walentynowicz i Stocznia mieli wziąć na siebie winę za powstałą sytuację. Odpowiedział mu śmiech. Wałęsa uważał, że Walentynowicz musi przeprosić, bo inaczej nie ma mowy o pojednaniu. Borusewicz zauważył, że nie jest to walka z Wałęsą, ale o demokrację w „Solidarności”. Za dobre wyjście uważał podanie się wszystkich do dymisji i organizowanie nowych wyborów bez personalnych ataków. Poparł go Andrzej Kołodziej, który przypomniał, że zdecydowali już w listopadzie 1980 r., że jeśli się zdarzy coś podobnego, to odejdą. I wypomniał Wałęsie, że już wówczas mu mówił, że demokracji w Związku tak długo nie będzie, jak Wałęsa w nim będzie. Przegłosowano wniosek, aby próbować dalej wszystko omówić i rozwiązać w ścisłym głosie. Osiem głosów było za, trzy wstrzymujące, nikt przeciw.
W takiej atmosferze napisała swój tekst Joanna Gwiazda, który cytuję na początku.
24 kwietnia w szczecińskim tygodniku „Jedność” wydrukowano wywiad z Anną Walentynowicz, w którym broniąc się przed oskarżeniami powtarzała już wcześniej wypowiadane zarzuty kierowane pod adresem Komisji Zakładowej Stoczni Gdańskiej i Lecha Wałęsy. Opowiedział m.in. o swojej wizycie wraz ze Zbigniewem Bujakiem w Stoczni Gdańskiej 27 marca: „jego osobą nikt się nie interesował. Zwróciłam się do pana Szablewskiego, że dobrze byłoby, aby pan Bujak poszedł do radiowęzła i powiedział parę słów od siebie. A proszę bardzo, powiedział pan Szablewski, niech idzie z panią. Tam siedział pan Zawalski. Przedstawiłam pana Bujaka, mówię, że chce powiedzieć parę słów do mikrofonu i ja, wypadałoby, żebym też się odezwała. On mówi: ja jestem tylko od roboty, od tego jest tylko władza w »Solidarności«. Zatelefonował do pana Szablewskiego. Kiedy się z nim skontaktował, podaje mi słuchawkę i ja słyszę, jak pan Szablewski mówi: kolego Zawalski, nie możemy dopuścić jej do mikrofonu, bo wiecie o czym ona może mówić – o KOR, a wiecie jaki mamy stosunek i nie byłoby to wskazane. Ja zapytałam: a co by pan chciał, żebym powiedziała? […] przekazałam tylko pozdrowienia. Wyszliśmy z radiowęzła, wsiedliśmy w samochód, pojechaliśmy na wydział K-3, spotkaliśmy się z ludźmi i tam było pytanie do Bujaka: co »Solidarność« zrobiła w obronie więźniów politycznych? Czy »Solidarność« będzie bronić KOR?”.
Walentynowicz w wywiadzie broniła KOR: „cokolwiek się stanie ja swojego zdania nie zmienię. Ja nie podetnę swoich korzeni. Bo ja mówiłam wszędzie, że jedyna droga do »Solidarności« to była działalność Komitetu Obrony Robotników”.
9 czerwca w „sprawie Walentynowicz” złożył zeznania przed specjalnie powołaną komisją gdańskiego MKZ Wałęsa. Mówił, że źródłem konfliktu są sprawy KOR-owskie. Żądał na początku grudnia 1980 r. od Kuronia, aby działał w sposób „czysto związkowy”. Tłumaczył mu, że „Solidarność” przejęła od KOR inicjatywę i chciał, aby KOR się rozwiązał bo nie jest potrzebny. Uważał, że od tego momentu zaczęły się „spięcia”. Twierdził, że istnieje duża rozbieżność między nim, a Gwiazdami, Borusewiczem, Pieńkowską, co do taktyki Związku. Wałęsa uważał, że reprezentowali oni linię natychmiastowego przyciśnięcia władzy, podczas gdy jego zdaniem należało to robić z umiarem. Zarzucał Walentynowicz, że poruszała na zebraniach sprawy KOR i lansowała jego linię. W wywiadach dla korespondentów zagranicznych miała „opluwać” jego osobę i propagować „linię korowską” (o wywiadach informowali Wałęsę pracownicy działu zagranicznego). Jego zdaniem to Służba Bezpieczeństwa manipulowała sprawami związanymi z pomnikiem i to za jej przyczyną „rozdmuchano między nami nieporozumienia”. Uważał, że „Gdyby A. Walentynowicz, która reprezentuje odmienne poglądy – czysto grała – nie wyrażała się za moimi plecami, że jestem za miękki, że rząd mnie kupił, a ograniczyła się do pracy w MKZ-cie nasze stosunki układałyby się poprawnie. […] Chcę ugody z nią, a gdybym chciał to dawno nie byłaby członkiem Związku. W Stoczni starałem się wyciszyć sprawę z A. Walentynowicz. Mogę ją jeszcze raz przeprosić”.
Niestety „sprawa Walentynowicz” z KOR-em w tle ciągnęła się dalej. 25 czerwca Odbyło się Nadzwyczajne Walne Zakładowe Zebranie Delegatów „Solidarności” Stoczni Gdańskiej, podczas którego próbowano przegłosować votum nieufności wobec Anny Walentynowicz. Postanowiono, aby przed ostateczną decyzją o głosowaniu wydrukować materiały dotyczące „sprawy Walentynowicz”. Głos m.in. zabrał Wrzosek, który w ostrych słowach przedstawił zarzuty przeciwko Walentynowicz. Mówił, że komisja MKZ nie wykorzystała wszystkich taśm z wypowiedziami Walentynowicz, a on potwierdzał, że mówiła, że zagraża Wałęsie swoją popularnością, że Wałęsa dał się kupić SB, że KZ Stoczni, to w większości ubeki. Borkowski zadał Walentynowicz pytanie, czy gdyby musiała, poświęciłaby KOR czy „Solidarność”. Walentynowicz odpowiedziała, że „nie można dokonywać wyboru między jednym a drugim człowiekiem. Jesteśmy wszyscy Polakami. KOR jest fundamentem »Solidarności«, nie ma więc kogo i czego poświęcać”. Mówiła, że w czasie działalności KOR nie palono komitetów, tylko je zakładano „i te komitety były zaczątkiem »Solidarności«”.
W lipcu w „Samorządności” (rubryka w „Dzienniku Bałtyckim” nr 24/54) Donald Tusk komentował spór między Wałęsą a Gwiazdą: „Słyszy się czasami, że za jednymi i drugimi ukryte są siły… Bez wątpienia za Gwiazdą stoi Kuroń; niestety, nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Natomiast Wałęsa nigdy nie da się przez kogokolwiek kierować. Na pewno często słucha rad doradców kościelnych, ale dlatego, że merytorycznie oni są właśnie najlepsi, dużo lepsi od ekspertów KOR-u. Obiektywizm Wałęsy zdecydował o wyborze koncepcji. Zresztą nikt chyba nie zaprzeczy, żeśmy na tym dobrze wyszli”.
Jak "prawdziwki" wojowały z KOR
Przez cały okres 1980-1981 władze liczyły, że uda się opanować ruch „Solidarności” i skierować go na tory czysto związkowe. „Odpolitycznienie” „Solidarności” miało doprowadzić do wpisania jej w struktury PRL. To byłaby dla rządzących sytuacja idealna. Liczono się także z aprobatą „mniejszego zła” – opanowania „Solidarności” przez Kościół, który uznawał racje geopolityczne i odcinał się od nielegalnych organizacji. Wrogiem dla władzy numer 1, wrogiem śmiertelnym, był KOR, gdyż umiejętnie dążył on do demontażu władzy PZPR.
Wojna z KOR i „gwiazdozbiorem” w „Solidarności” trwała do jesieni 1981 r., kiedy to praktycznie opcja prowałęsowska objęła pełnię władzę w „Solidarności”, a wpływy KOR i „gwiazdozbioru” zostały w zminimalizowane. W „Solidarności”, jak mówił Andrzej Gwiazda, zaczęły tryumfować „prawdziwki”, czyli „prawdziwi Polacy”. W książce Gwiazda miałeś rację, z Andrzejem Gwiazdą rozmawiała Wiesława Kwiatkowska (Gdynia 1990, s. 11–14) opowiadał:
zorganizowaną frakcją były „prawdziwki”, a najmocniejsza była frakcja KPN-u. Wszyscy członkowie KPN zapisali się do „Solidarności”, bo zgodnie ze statutem mogli się zapisać, i w tejże „Solidarności” tworzyli KPN-owski front, KPN-owską frakcję. [...] „prawdziwków” znał każdy, na zasadzie „koń jaki jest, każdy widzi”, dziś to trudno zdefiniować. Była to wyraźna frakcja, znacznie bardziej zorganizowana od innych, mówiąca o sobie jako o „prawdziwych Polakach”. Sposób myślenia endecko-chadecki, mentalność niewolnicza. W stosunku do władzy miała dwie opcje: albo komunistów wykończyć już, zaraz, natychmiast – albo paść przed nimi na kolana, a więc na zasadzie, że albo pana zarżnąć, albo mu się podporządkować. Była to grupa liczna, bardzo pobożna i kompletnie niesprawna.
„Prawdziwki” strasznie walczyły o to, żeby w statucie porobić jakieś zapory dla partyjnych, aby uniemożliwić im wstępowanie do związku. Wiele zebrań straciła ekstrema na zmiękczenie ich stanowiska, przekonanie, że nie należy robić różnic politycznych w przynależności do związku, że niedopuszczanie ludzi z innymi poglądami politycznymi jest błędem. Naturalnie zasada taka dopuszczała do związku również członków PZPR – tu zdawaliśmy się na załogi, że będą wiedzieli, komu patrzeć na palce. [...] „Prawdziwki” ze Stoczni Gdańskiej, skoro nie udało im się umieścić tej zapory w statucie, natychmiast zaczęli się z różnymi partyjnymi sekretarzami bratać. Ta komisja opanowana przez „prawdziwki” była chyba jedyną komisją mającą ciągłe towarzyskie stosunki z dyrekcją, z komitetem zakładowym PZPR, a byli to ci sami ludzie, którzy wcześniej chcieli ich wyciąć – nie walczyć z nimi, tylko wyciąć, skreślić i już. Byli też głównymi rzecznikami dewocyjności, która się zaczęła zaznaczać w związku, a która w stanie wojennym – z innych już przyczyn działalność związkową prawie zdominowała. Komisje zakładowe szarpały się na jakieś niesamowicie drogie sztandary, mnóstwo czasu poświęcały na organizowanie uroczystości poświęcenia sztandarów, cała komisja przystępowała przy tej okazji do komunii, kierowało to energię nie na działalność związkową, tylko na uroczystości.
Całe spektrum „prawdziwków” – nawet tych najbardziej patriotycznych – w jakimś miejscu zaczepiało o władzę, władza ich popierała, ponieważ stanowili kierunek niezwiązkowy, a przecież wojnę wypowiedziano związkowi, tyle że pod hasłem „zwalczamy politykierów”. Szczególnie dużo „prawdziwków” objawiło się w okresie, gdy wybierano nowe komisje wołając: „trzeba nam ludzi organizacji, a nie walki”. Typowy „prawdziwek” to człowiek o mentalności urzędniczej, przyciężki, mało lotny, niesprawny, przekonany, że władza należy się takim jak on, bo tylko tacy jak on są prawdziwymi Polakami. Zupełnie przy tym nie potrafią korzystać z mechanizmów demokratycznych [...]. Odbywali regularnie własne, frakcyjne spotkania, na których pojawiały się ostre tendencje antysemickie i to był z grubsza biorąc ich program. [...] bazą „prawdziwków” był Ciemnogród.
Solidarność z KOR
Na zakończenie chciałbym zacytować fragment
listu senatora Romaszewskiego do redakcji „Rzeczypospolitej”, w którym opisał, jak należy podchodzić do materiałów o KOR udostępnianych przez IPN:
dyskutanci wyobrażają sobie, iż każdy miał w SB teczkę i że tę teczkę można ujawnić, lub nie. Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Kiedy złożyłem w IPN wniosek o udostępnienie dotyczących mnie materiałów MSW, to otrzymałem 13 tomów Sprawy Operacyjnego Rozpoznania (SOR) „Graf” poświęconego osobiście mnie i mojej żonie, 13-15 teczek SOR „Maniacy” (nie można MSW odmówić poczucia humoru) poświęconego pomocy dla robotników Radomia w latach 1976 – 1977, 39 teczek SOR „Gracze” poświęconych działalności KSS KOR, wreszcie 4 teczki SOR „Rodzina” poświęconych sprawie Januarego Grzędzińskiego – pisarza i piłsudczyka, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni. Każda z teczek to 150 – 200 kart. […] pobieżna lektura nasuwa kilka wniosków. Najważniejszy z nich dotyczy SOR „Gracze” poświęconego działalności KSS KOR i jest właściwie powtórzeniem tego, czego profesorowie uczą studentów na I roku historii, a więc konieczności oceny źródła. Otóż 80% zawartych w „Graczach” informacji dotyczy plotek, intryg, konfliktów i różnic poglądów wewnątrz środowiska KOR-owskiego. Oczywiste jest, że akta te zawierają materiały operacyjne opiewające sukcesy SB i są przygotowywane pod kątem możliwości skłócenia środowiska, prowadzenia gry operacyjnej, pozyskiwania agentów, czy wreszcie wykorzystania w akcjach dezinformacyjnych. Niezależnie od tego, że przytoczone materiały są prawdziwe i większość przedstawianych informacji była mi w swoim czasie znana, to na ich wyłącznej podstawie nie można zbudować prawdziwej i pełnej historii KSS KOR. Niknie tam bowiem współpraca i solidarność środowiska, która była ważnym elementem pozwalającym mu funkcjonować i której istnienie, pomimo wszelkich wysiłków aparatu represji, było największa porażką operacyjną SB. KOR opisywany w SOR „Gracze” nie miał prawa istnieć już po miesiącu. Warto by historycy i dziennikarze badający teczki o tym pamiętali.
PS
jeszcze tylko mała ściąga dla wszystkich, którzy chcieliby poznać i uczyć się od jednego z mistrzów pióra, umiejącego w prosty sposób tłumaczyć często na pozór nie związane fakty w spójną całość, demaskować spiski i układy, jasno i dobitnie ukazywać jedyna możliwa i niepodważalną prawdę. Niestety, nie przepisałem tego tekstu i dlatego pozwalam sobie zamieścić skany
(próbuję zamieścić miniaturkę, aby po kliknięciu pokazało się duże i czytelne zdjęcie; mam nadzieję, że się to uda, jeśli nie, to trudno - obejdzie się bez tego mistrza pióra).
Komentarze
Pokaż komentarze (47)