Od kilku dni cichym - no, dziś głośnym - bohaterem polskiej sceny politycznej jest Bartosz Arłukowicz. Dziś właśnie Minister Zdrowia tłumaczył się z zarzutów stawianych mu odnośnie listy leków refundowanych przez cały pozaplatformerski świat od lewa do prawa. Nie chce zbytnio wchodzić w szczegóły dotyczące tego, czy przedstawiona przez Ministerstwo Zdrowia lista leków refundowanych jest listą sensowną, czy też nie. Chciałem bowiem wspomnieć o samym Arłukowiczu i konsekwencjach jego politycznych decyzji.
Zwycięzca "Agenta" - programu, od którego rozpoczęła się jego kariera również na scenie politycznej - znalazł swoje miejsce w tym brutalnym, politycznym świecie, które od miesięcy sukcesywnie wypełniał. Młody, błyskotliwy, lewicowy lekarz, dobrze wypadający w mediach. Nie było trudno. Przestało się to chyba podobać Grzegorzowi Napieralskiemu i obydwaj panowie rozpoczęli przepychanki. Przepychanki zakończone odejściem Arłukowicza. Swoją drogą wspominając już o "reality shows" w Sejmie jest też Janusz Dzięcioł z Big Brothera - zdecydowanie mniej błyskotliwy polityk. Również za to z Platformy. Taka słabo skrywana złośliwostka...
Ok. Wróćmy do tematu. Bartosz Arłukowicz wchodząc w konflikt z Napieralskim zdecydował się na odejście z SLD. Wydawało się, że zrobił bardzo rozsądnie, jednak dziś wątpliwości jest coraz więcej. Jego decyzja o transferze bardzo mocno osłabiła SLD. Była partia - śmiem twierdzić - straciła przez to w wyborach na pewno około 1 % poparcia. Przyczynił się do tego sam zainteresowany, liderując "V kolumnie" PO do spraw niszczenia Sojuszu.
Każdy na Rozbrat pamięta "przypadkowo wybraną tego dnia" konferencję Platformy dotyczącą jej świeżych nabytków lewicowych, w momencie organizowania przez SLD konwencji w Hali Expo. Świeże nabytki były starymi kotletami, o których wiedział każdy, a jedynym gwiazdorem okazał się Poseł Gintowt-Dziewiałtowski. Konferencja przekazu nie miała żadnego, ale TVN-owi i kilku innym stacjom wystarczyło. Duża konwencja na 1500 osób została przyćmiona konferencją prasową kilku panów pod dowództwem Arłukowicza. Było mu w kampanii fajnie, przyjemnie i bez kłopotliwych pytań, które w PO mało kto do 9 października otrzymywał.
Co by było gdyby nie odejście? Arłukowicz dostałby pewnie jedynkę z innym okręgu z dala od Napieralskiego. Przy poparciu rzędu 9-10% (o 1 % wyższym niż wywalczone) SLD miałoby po jednym pośle praktycznie w każdym okręgu wyborczym poza Nowym Sączem, do którego wysyła się w SLD politycznych samobójsców (proponowano Józefowi Oleksemu). Wynik byłby i tak niesatyfsakcjonujący, a nowy przywódca byłby jeden - Arłukowicz. Nieskażony, młody, bez afer na karku, nigdy nie przegrał. Wybory wygrałby w cuglach, bo presja partyjnych działaczy byłaby zbyt duża. Za dużo jednak trybu przypuszczającego. Stało się bowiem inaczej.
Łatwa, miła i przyjemna kariera polityczna w Plaformie zaowocowała w czasie kampanii równie miłym, łatwym ministerstwem, o którym dawno już nikt nie pamięta. Wykluczeni? Że co? Na czas kampanii było to idealne. Idealne PR-owo. Występ w reklamówce PO, status ministra, lewicowa wrażliwość połączona z dożynaniem SLD. Dokopanie Napieralskiemu udało się w 100%.
W swoim scenariuszu nie przewidział Arłukowicz jednego. Donald Tusk to wytrawny gracz bez większych skrupułów likwidujący rywali politycznych. Nie bez powod Premier zdjął z ryzykownej funkcji jedną ze swoich ulubienic - Ewę Kopacz. Zwiększył jej prestiż pozycją marszałka, dając jednocześnie policzek Grzegorzowi Schetynie. Na niewygodne ministerstwo wsadził za to Arłukowicza, któremu bardzo się dziwię. O mitycznych już paskach dla cukrzyków szeptało się od dwóch miesięcy...
W efekcie roszad zastaliśmy zatem w gabinecie ministra - w sensie swoim gabinecie - Arłukowicza, który zapłacił za prestiż funkcji między innymi wiarygodnością. Wszelkie możliwe media przypomniały mu na początku urzędowania wypowiedzi krytykujące Ewę Kopacz, której politykę teraz realizuje. Punkt kulminacyjny problemów zapewne właśnie następuje. Arłukowicz krytykowany przez niezbyt pałającą do niego milością SLD-owską lewicę i wszystkich, którzy znajdują się na prawo od PO dostaje po głowie. Dostaje, tracąc siły na przepychanki i zdejmowanie z siebie resztki z błotnych pocisków, jakimi niejednokrotnie okładają go przeciwnicy polityczni. Tego jednak chciał i historia błyskotliwego ministra nie zakończy się chyba wesoło.
Morał tej opowieści jest prosty. Nie zawsze najprostsza na pierwszy rzut oka droga jest drogą najlepszą, a los potrafi realizować najrozmatisze scenariusze. Arłukowicz miał szansę na bycie bohaterem jednego z nich ... w SLD. W PO pełni dużo mniej prestiżową rolę.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)