Prezydent podpisał nową ustawę medialną pozbawioną zapisów, które wzburzyły media i internautów. Wykonaliśmy więc dyrektywę Komisji Europejskiej i unikniemy kary. Warto jednak zwrócić uwagę na ten wątek, bo świadczy on bardzo dobrze o tym jak pracowity inaczej mamy rząd.
Czas na wdrożenie nowej dyrektywy medialnej minął Polsce w grudniu 2009 roku. Prace nad ustawą trwały zaś, w szaleńczym tempie, w ostatnich miesiącach. Przy czym rząd próbował ucinać jakąkolwiek dyskusję argumentami o konieczności dostosowania prawa do wymogów unijnych. Wobec tego nasuwa się pytanie do rządu i premiera - co też panowie i panie robiliście do [cenzura] nędzy przez z parę ostatnich lat?
Skoro bowiem terminem wdrożenia był grudzień 2009 roku, to bez sprawdzania wiadomo, że mieliśmy przynajmniej kilka miesięcy na wdrożenie odnośnych przepisów. Tylko jakimś cudem nie zostały one stworzone, uchwalone i wdrożone. Jakim cudem? Czyżby rząd PO-PSL miał jakieś niezwykle ważne powody, dla których nie mógł zająć się tą sprawą?
Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, aby w tym czasie rząd zajmował się czymś szczególnie istotnym. Z tego co pamiętam, zajmował się raczej głównie przekonywaniem opinii publicznej jakie to kłody pod nogi rzuca mu Lech Kaczyński i jakie to paskudne jest SLD dogadujące się z Prawem i Sprawiedliwością w mediach publicznych. A gdy termin już minął, to najpierw były korowody o to, kto ma być ważniejszy w Katyniu. Dla porządku przyznajmy, że te korowody akurat zaczął Lech Kaczyński.
Niemniej Platforma z premierem Tuskiem na czele miała całą kadencję na to, by te przepisy przygotować. Minął termin i nic się nie działo, za pracę wzięto się dopiero wtedy, gdy Komisja Europejska zaczęła grozić konsekwencjami. I przy okazji próbowano przepchnąć coś, co zakończyłoby się de facto, bo przecież nie de iure cenzurą mediów internetowych.
Mamy więc niezwykle leniwy rząd, który działa tylko wtedy gdy ma nóż na gardle. Polakom chyba się to podoba, bo wciąż popierają PO. Zapewne wierząc, że fałszująca wybory w Wałbrzychu partia jest jednym ratunkiem dla naszej demokracji przed PiS-em.
Podczas gdy jedyne w czym Platforma jest dobra to udowadnianie czemu nie udaje jej się zrealizować jej zamiarów. Nawet teraz, gdy ma większość, która umożliwia przepchnięcie niemal wszystkiego przez Sejm i nie musi za bardzo obawiać się prezydenckiego weta, nie bardzo wychodzi jej realizacja czegokolwiek poza ratowaniem własnego tyłka (a tym jest zmiana w OFE, bo inaczej rząd musiałby następny budżet planować bez deficytu, co pewnie skończyłoby się przedterminowymi wyborami wymuszonymi przez ulicę).
Najgorsze jest to, że jak patrzę na Napieralskiego i jego rzecznika prasowego to dochodzę do smutnego wniosku, że głosując na SLD też będę wybierał mniejsze zło. A ja chciałbym wreszcie wybrać większe dobro.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze