Donald Tusk, premier tysiąclecia, słońce Peru i Indii a także szef Jednej Polski, przepraszam, Platformy Obywatelskiej postanowił dać odpór krytykom z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy bezczelnie ośmielają się mieć wątpliwości czy aby PO na pewno jest najlepszą alternatywą dla PiS. Dlatego postanowił wyzwać szefa SLD (oraz Marka Wikińskiego) na pojedynek.
Jeżeli ktokolwiek miał nadzieję, że panowie zmierzą się na szpady lub pistolety, to niestety się zawiódł. Jeżeli ktoś sądził natomiast, że premier Tusk zechce wyzwać Napieralskiego aby zmierzył się z nim na merytoryczne argumenty, to się pomylił. Pogromca Kiboli Donald Tusk wymyślił sobie, aby Grzegorz Napieralski zmierzył się z nim w biegu na 10 km.
Można więc wnioskować, że w Polsce nie ma o czym debatować. Można najwyżej postroszyć piórka i pokazać do kamer kto jest bardziej męski - premier czy jego rywal. Nie wiem czy Donald Tusk już wie, ale ślicznie się podłożył.
Po pierwsze, pokazał że Grzegorz Napieralski jest mu równy (bo nikt nie będzie się specjalnie Wikińskim przejmował) skoro sam wyzywa go na pojednynek.
Po drugie, dał Napieralskiemu szansę na to, by ten kiwnął mu dłonią zachęcająco i powiedział "hola, hola, ale pojedynkujmy się w ramach naszej profesji, na argumenty". Co też szef SLD z wyraźną satysfakcją natychmiast zrobił:
I trzeba przyznać, że tym razem Napieralski (którego fanem nie jestem) pokazał, że umie zgasić mistrza PR-u jakim jest Donald Tusk. Oczywiście, wiele jeszcze zależy od tego jak przekażą to media. Ale nie ulega wątpliwości, że Napieralski podjął rękawicę.
Choć nie zamierza dać sobie narzucić biegania w kółko.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (3)