Nerwową gorączkę na europejskich salonach wzbudziła zmiana ratingu Portugalii na śmieciowy dokonana przez te same agencje ratingowe, które jeszcze kilka lat temu mówiły wszystkim, że Portugalia czy Grecja są niemal tak samo wiarygodne jak Niemcy. Niezwykle mądrzy, wykształceni i sowicie opłacani finansiści rzucili się do wyprzedaży na europejskich giełdach nie patrząc czy papiery które sprzedają są portugalskie czy też nie.
Jeżeli Portugalia była wczoraj nad krawędzią, to tak zwani analitycy agencji ratingowych raźno popchnęli ją naprzód. I już na pewno nie da ona sobie rady bez kroplówki z MFW i UE. Dzięki czemu banki i instytucje finansowe mają (przy pewnym ryzyku dopuszczenia przez UE bankructwa Portugalii) szansę na zarobienie więcej. Zapłacą obywatele UE a najwięcej Portugalczycy.
Agencje ratingowe, tak jak wcześniej finansiści i bankierzy w USA nie poczuwają się, oczywiście do winy za kryzys i zamieszanie. Winni, rzecz jasna, są politycy, którzy pozwalali swoim krajom na życie ponad stan. I nie mówmy, że nie są, bo jest oczywiste, że jak się wydaje więcej niż się ma to w końcu trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością. Tyle, że to można było przewidzieć. I po to są, podobno, agencje ratingowe, by inwestorom to uświadamiać.
Notabene, większość inwestujących na taką skalę, aby pożyczać pieniądze rządom, bierze za swoją pracę na tyle dużo pieniędzy (twierdząc, że jest tego warta), że sama z siebie powinna zdawać sobie sprawę z faktu, że Grecja to nie Niemcy, a Portugalia to nie Wielka Brytania. I czego by nie zrobiły jeszcze w długiej perspektywie nie będą tak wiarygodne.
Siłą rzeczy nie dziwię się politykom, którzy też chętnie uciekliby od odpowiedzialności tak jak udało się to finansistom, bankierom i innej meneżerii kierującej światową gospodarką. I nawet podoba mi się pomysł powołania niezależnej od rynków finansowych, a za to zależnej od władz Unii agencji ratingowej. Jeżeli udałoby się takiej agencji zapewnić minimum niezależności od polityków, to miałaby ona szansę być bardziej wiarygodna niż komercyjne agencje, zależne od wielkich instytucji finansowych sowicie płacących za "ratingi" i "analizy".
Moim zdaniem wszystko to jest przede wszystkim wynikiem zbytniej swobody jaką cieszy się kapitał (z braku laku takie określenie jest najlepsze). Wystarczyłoby wprowadzić podatek Tobina, by międzynarodowi, przepłacani (i unikający podatków) finansiści i menedżerowie dwa razy pomyśleli, zanim by zakończyli jakąś inwestycję. A najlepsze jest to, że trzy razy by się zastanowili nim by ją rozpoczęli.
Może przepływ kapitału byłby utrudniony i wolniejszy, ale za to stabilizacja byłaby większa. A że połowa promila ludności Ziemi miałaby przez to mniejsze dochody? Rany boskie, spadek sprzedaży Ferrari i drogich koniaków o kilkanaście procent, światowej gospodarki nie załamie.
Tym bardziej, że dzięki temu może ustabilizowałyby się dochody znacznie większego procentu ludzi. A środki uzyskane z pobierania takiego podatku można zawsze przeznaczyć na rozwój albo pomoc dla krajów rozwijających się.
A jak już ktoś chce ograniczyć te środki do UE, to zawsze można dofinansować tymi środkami Fundusz Spójności. Wszyscy będą szczęśliwi.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (12)