W sporze czy pierwiastek to już kompromis czy jeszcze nie, czy uda się pozostać przy nicei czy też nie, czy podwójna większość oznacza dominację Niemiec, zapraszam Szanownych Czytelników do zastanowienia się nad samą ideą Unii Europejskiej i nad wizją naszego w niej miejsca - wszak czasami warto zastanowić się nad sprawami fundamentalnymi, przypomnieć sobie założenia - tak, żeby móc odpowiedzieć na pytania szczegółowe.
Dlaczego Unia Europejska powstała? To pytanie nie jest przecież oczywiste, a odpowiedzi na nie każdy stawia inne, innych dopatruje się przyczyn i konsekwencji. Oderwijmy się jednak na chwilę od czysto pragmatycznych okoliczności i popatrzmy na UE jako efekt historycznych akcji i kontrakcji. Tu wyłania się przed nami obraz Unii Europejskiej jako odpowiedzi europejskich rządów i narodów na wielowiekowe antagonizmy konserwowane przez następne pokolenia rozlewami krwi, widzimy czołgo, żołnierzy, depesze, szczyty przywódców dzielące Kontynent na strefy wpływów - szczyty na których nie tylko Polska, ale większość krajów nie miało żadnego wpływu. Widzimy też biedę.
Bieda się nie skończyła, trwa gdzieś poza granicami Kryształowego Pałacu, jak często nazywa się Europę. Nie tylko trwa ale też wzbiera na sile i agresji, podsycana fundamentalistycznymi nawoływaniami religijnych i świeckich przywódców. Bieda, której nigdy nie widzieliśmy, której nawet nie potrafimy sobie do końca wyobrazić.
Ale to przecież ta sama bieda, ten sam głód i brak perspektyw w pewnym nieodległym momencie historii przestawił Europę na tory zbrojeń i kazał jej zatopić się w ogólnoświatowym konflikcie, po którym rany leczymy do dzisiaj i do dzisiaj trawią nas wówczas nabyte lęki.
Unia Europejska powstała więc po to, by swoim obywatelom zapewnić dwa elementarne dobra: pokój i chleb. Na tych dwóch wartościach udało się w przeciągu 50 lat zbudować najbogatszy, najstabilniejszy politycznie region na Ziemi. To jest consensus podstawowy, którego nie wolno naruszyć żadnemu rządowi narodowemu w imię nawet najbardziej emocjonalnych czy racjonalnych ale tylko politycznie bieżących argumentów.
Słusznie mówiło się przy okoliczności wejścia Polski do UE, że jest to moment dziejowej sprawiedliwości, że my nie dołączamy do Europy, że nawet do niej nie wracamy - my po prostu przywracamy nam należytą pozycję i znaczenie. Ale czy nie poczuliśmy wtedy gdzieś w głębi duszy ulgi? Nie zdało się przez chwilę, że od teraz będzie prościej, łatwiej? Że staniemy się normalnym krajem, w którym można pracować i żyć z tej pracy godnie? Że oto kończy się czas ciągłęgo zagrożenia polityką Moskwy, że nasza chata przestaje być z kraja i wreszcie to co dzieje się nad Wisłą staje się ważne? Że już żaden szczyt nie odbędzie się bez naszego udziału i że zyskujemy gwarancję, że będziemy co najmniej wysłuchiwani? Podejrzewam, że wielu z nas miało wtedy takie poczucie.
Jaka jest Polska w Unii Europejskiej? Nie spotkałem do tej pory nikogo, kto by nawoływał do liberalizacji naszej obyczajowości w imię "postępu" czy "europeizacji", nie spotkałem nikogo kto by kwestionował naszą wagę i doświadczenia. W całym tym publicystycznym szumie gubi się prosty przekaz: 38milionowy naród mieszkający nad Wisłą to nie tylko Polacy - to Europejczycy. Za wszystkie nieszczęścia z przeszłości ponosimy współodpowiedzialność i wszystkie wyzwania stoją również przed nami. Jesteśmy wielkim krajem, jesteśmy dumnym narodem. Ale prawdziwa wielkość i prawdziwa duma nie potrzebują być stale poklepywane po plecach. Teraz również my musimy pokazać naszą troskę i nasze zaangażowanie w pokój i chleb.
Do tej pory Europę podnoszono ze zniszczeń i podziałów poprzez nieustający dialog. Jakkolwiek nie byłby trudny, jakkolwiek gorzki nie byłby consensus - sposób ten okazał się skuteczny. Nie dostaniemy w Europie wszystkiego o czym zamarzymy, a dotacje z których teraz obficie korzystamy - zaczną się zmniejszać aż w końcu się skończą. Co wtedy? Czy obrazimy się na Europę i nie weźmiemy odpowiedzialności za Ukrainę, Białoruś, Bałkany? To jest nasza racja stanu, to jest nasze ogromne zobowiązanie.
Warto więc już dzisiaj kontynuować rozmowę. Weto jest bronią obosieczną, którą będziemy musieli się skrzywdzić. "Umrzeć za pierwiastek" - znaczy tyle, co ponieść wszelkie konsekwencje. Ale my nawet nie potrafimy tych konsekwencji przewidzieć, a te mogą być znacznie bardziej bolesne niż utrata 0,52% siły głosu w Radzie UE poprzez akceptację podwójnej większości. Weto rząd zapowiedział już zabierając się do rozmów - a to nie jest dbałość o komfort w rozmowie. Warto w jasny sposób przedstawić naszym braciom Europejczykom polskie bolączki i problemy oraz wytłumaczyć interesy. Być może można większość z nich zagwarantować rezygnując z pierwiastka i nie paraliżując szczytu UE.
Poznajmy się, zrozummy i rozmawiajmy. Tak długo jak będzie trzeba. Inaczej ktoś w końcu wciśnie "guzik atomowy" - jeśli to będzie Polska to będziemy lizać włąsne rany a ewentualna odpowiedź UE w postaci podjęcia decyzji o przyjęciu mandatu do Konferencji Międzyrządowej przy sprzeciwie Polski uderzy w samą Unię - ma ona bowiem sens gdy jest wyrazem woli obywateli i cieszy się jej zaufaniem.
Warto szukać jakiegokolwiek rozwiązania, które pozwoli nam nie stanąć po dwóch różnych stronach barykady - inaczej Kryształowy Pałac stanie się pałacem bez igrzysk, bez chleba a na końcu i bez pokoju. Historia lubi się powtarzać.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)