Miło czytać doniesienia, że oto Premier powołuje ministra ds. równego statusu płci. Elżbieta Radziszewska, choć chyba bardziej kojarzona do tej pory z pomysłami PO w zakresie służby zdrowia na pewno jest walorem merytorycznym tego rządu.
Że stanowisko to w ogóle pod rządami PO został przywrócone warto docenić. Jego brak jest bowiem ewidentnym zaniechaniem, na dodatek powodującym niezgodność instytucjonalną z wymogami UE. A więc patrząc przez pryzmat standardów obowiązujących w Europie - chwała za to Platformie , że stara się ich trzymać. Choć jest w tym zapewne mrugnięcie oka do lewicującego elektoratu.
Jeśli natomiast rozpatrywać ogólny sens powoływania takiego stanowiska w ogóle, to nie ma to sensu najmniejszego. Jak pokazuje przykład krajów Zachodniej Europy, coraz bardziej lewicowe czy liberalne rządy wynaturzają to stanowisko, przepychając za jego pomocą projekty dotyczące np. ustawowego zadekretowania parytetu płci w parlamencie, na listach wyborczych, w zarządach, w budżetówce. Nie trzeba być wybitnym intelektualistą żeby w sposób rozumny obnażyć idiotyzm takich działań. Nie bardzo rozumiem w jaki sposób sam fakt powołania kobiety na jakiekolwiek stanowisko miałoby zefektywizować wyniki pracy. Lub wnieść cokolwiek innego. Liczy się bowiem Człowiek (a tym, jak wiadomo, może być i mężczyzna i kobieta) a za nim jego kompetencje. Wmawianie ludziom, że kobieta poprzez samo bycie kobietą zasługuje na "więcej" jest horrendalnym nieporozumieniem.
Odzywa się też liberalny instynkt nakazujący nieufnie podchodzić do wszelkiego typu Kolejnych Niezwykle Ważnych Stanowisk, do tej rządowej rozrzutności, do kolejnego sztabu doradców, ton archiwów...
Ale cóż poradzić. Standardy takie są, PO ich zacnie się trzyma i świat staje się piękniejszy i sprawiedliwszy. Zastanawia natomiast dlaczego tak ważna jest równość płci, ale nie aż tak ważna jest równość pochodzenia, wiary, orientacji seksualnej, rasy... itd.
?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)