17 obserwujących
250 notek
248k odsłon
  1573   0

Komu futro z lisa?

Być może mieliście, Szanowni Czytelnicy, okazję natrafić w lesie lub na polach i łąkach na małe, kilkucentymetrowe brązowe krążki, o silnym zapachu nadpsutej ryby. Są to doustne szczepionki przeciw wściekliźnie, które od wielu lat, dwa razy do roku rozrzuca się z samolotów lub rozkłada się ręcznie w miejscach bytowania lisów. W środku każdego takiego krążka znajduje się kapsułka z właściwą szczepionką. Lisy, które natura wyposażyła w znakomity węch, wyczuwają atrakcyjny dla nich zapach nawet z ośmiuset metrów i gdy podejmą szczepionkę, po przegryzieniu fiolki, poprzez kontakt uodparniają się na wściekliznę. Jak prawie wszystko w świecie, szczepienie lisów żyjących na wolności ma swoje wady i zalety. Niewątpliwie zaletą tej akcji, która – jak wiele innych rzeczy, no, może poza Armią Czerwoną – przyszła do nas z Zachodu, jest wyraźny spadek zachorowań na wściekliznę wśród zwierząt domowych , ale także i u ludzi. Ale są i straty. Jest to jednak ingerencja w środowisko naturalne i nie mogła ona pozostać bezkarna. Na wzroście populacji lisów w Polsce ucierpiały ich naturalne ofiary i nie są to wyłącznie kury w przydomowych kurnikach. Ofiarą lisów padają zające, kuropatwy, bażanty i inne ptaki gniazdujące na ziemi - skowronki, pliszki, czajki, trznadle. Lisy kradną jajka z gniazd dużych ptaków wodnych, takich jak czaple i łabędzie, ponieważ nie boją się wody i doskonale pływają. I tak, po zastosowaniu tych szczepień, które zaczęły się w 1995 roku, pogłowie lisów wzrosło prawie trzykrotnie, a pogłowie lisich ofiar proporcjonalnie spadło. Lis jest zwierzęciem niezwykle skutecznie przystosowanym do środowiska w którym żyje, ma doskonały węch, jest sprytny i nie gardzi żadnym pokarmem. I, co bardzo istotne, nie ma w Polsce naturalnych wrogów. Ludzka interwencja, na pierwszy rzut oka słuszna i przydatna, zachwiała równowagą środowiska naturalnego, nie tylko w zakresie pogłowia lisa ale przede wszystkim jego naturalnych ofiar. Jednym ze sposobów w jaki natura radzi sobie z nadmierną populacją osobników takiego gatunku, bywają właśnie choroby zakaźne, takie jak wścieklizna, a ludzie wpływ tej choroby w znacznym stopniu ograniczyli. 

Na pewnym portalu społecznościowym znalazło się zdjęcie, na którym widać efekty polowania, w jednym z polskich kół łowieckich, w efekcie którego odstrzelono ponad dwieście lisów. Pod zdjęciem oczywiście pojawiło się sporo komentarzy, z których – między innymi - wynikało, że gdyby nie ci wredni myśliwi, lisy by sobie żyły, spokojnie hasały po polach i lasach i tak dalej, i tak dalej. Należy jednak zadać sobie pytanie, co by było, gdyby myśliwych nie było? Otóż gdyby istotnie nie było myśliwych i nie było ingerencji człowieka w ich liczebność, problem nadmiaru lisów natura rozwiązałaby poprzez powtarzające się raz na jakiś czas epidemie wścieklizny. Choroba ta jest oczywiście dla lisów (jak i innych zwierząt, a także dla człowieka) śmiertelna. W przypadku dużego zagęszczenia populacji lisa do jej rozprzestrzeniania dochodzi łatwo, przez co choroba ta naturalnie reguluje ich liczebność. A co by było gdyby nie było myśliwych, ale dalej prowadzono szczepienia, eliminując w bardzo dużym stopniu wściekliznę? Czy lisy dalej spokojnie hasałyby sobie po lasach i łąkach? Początkowo tak. Dopóki starczyłoby im żywności w swych siedliskach. Ale gdyby ilość i dostępność ich ofiar spadła znacznie, to lisy musiały szukać pokarmu w siedzibach ludzkich, powodując nieuniknione konflikty z hodowcami, część zginęłaby pod kołami samochodów, a część w końcu padła by z głodu lub wskutek innych chorób wynikających z niedożywienia. Jak widać los tych zwierząt tak czy inaczej nie przedstawiałby się dobrze.

Kolejnym niedorzecznym zarzutem, z jakim się spotkałem w dyskusji na ten temat było to, że ci myśliwi strzelają do lisów dla przyjemności. Komentator co prawda uznawał za słuszne regulowanie populacji lisów w łowisku, wobec istnienia szczepień eliminujących wściekliznę, ale nie podobało mu się, że myśliwi mają takie hobby. I znów należy zadać pytanie: a kto regulowałby tę populację, gdyby myśliwych nie było? Zieloni? Wojska Ochrony Terytorialnej? Jakieś potencjalne specjalnie do tego powołane służby? Ile by to kosztowało? Dziś myśliwi regulują populację lisów za własne pieniądze i – jakkolwiek nie zmuszam nikogo by polubił ich hobby – to jednak namawiam do obiektywnego spojrzenia na sprawę. Czy powołanie jakichś zawodowych służb odławiających tak czy inaczej nadmiar lisów, co związane byłoby z określonymi kosztami, jest lepsze tylko dlatego, że nie lubimy myśliwych za to, że mają takie hobby? Wielu z nas nie byłoby w stanie wykonywać zawodu rzeźnika, ale nie przeszkadza nam to zamówić schabowego, czy urządzić dla przyjaciół grilla z pieczonymi kiełbaskami.

Ochrona przyrody powinna być rozumna. Obecność czynnika powstrzymującego liczebność jakiegoś gatunku, na przykład obecność wścieklizny w środowisku życia lisów ma swoje uzasadnienie, a jeśli decydujemy się na likwidację tego czynnika, choćby dlatego, że wścieklizna zagraża zwierzętom domowym i ludziom, musimy znaleźć jakiś inny sposób regulacji. Pozostawienie tego samemu sobie, jest dokładnie takim samym błędem, jak bezczynność w obliczu gradacji kornika. Jeśli pseudoekolodzy mówią, że kornik jest elementem przyrody i nie wolno wycinać zarażonych drzew, że nie wolno polować na lisy, choć jest ich ewidentnie zbyt dużo, że nie wolno polować na dziki, choć też jest ich zbyt dużo, co ułatwia przenoszenie się ASF, to się mylą.

Zachęcam P.T. Czytelników, do zaznajomieniem się z ciekawym zjawiskiem kaskady troficznej. (Pisałem o tym zjawisku w Polsce Niepodległej z 18.04.2018. Artykuł ten - „Polak myśliwemu wilkiem” jest też dostępny w sieci).


Lubię to! Skomentuj163 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości