Pozostając pod wrażeniem wyroku, jaki zapadł w sporze Agora kontra Rymkiewicz, a szok ten odświeżył rozpowszechniany w tym tygodniu film, chciałbym przypomnieć Państwu książkę pt. "Samuel Zborowski", która w mojej opinii zasługuje na miano najważniejszej, jaką opublikowano w 2010 roku.
Nikt tak jak poeta Jarosław Rymkiewicz nie pisze wspaniale o historii. Piękno jego pisarstwa zaklęte jest nie tylko w języku, na którego urodę jest wyjątkowo wrażliwy. Przejawia się ono także w odbieraniu historii wszelkimi zmysłami. Jeśli pisze, że na krużgankach Wawelu kłębił się tłum szlachty, to nie jest mu wszystko jedno, jakie mieli fryzury. Z kilku słów zaczerpniętych ze źródłowego dokumentu, autor rozsnuwa przed nami perspektywę, w której wyraźnie widzimy gołe głowy gardłujących panów, słyszymy ich, nazywamy ich konkretnymi imionami. Dzieje Samuela Zborowskiego to nieco zapomniany wątek polskiej historii. W trakcie uroczystości towarzyszących koronacji Henryka Walezego miał się odbyć turniej rycerski. Zborowski, jak inni znamienici szlachcie, wbił swój proporzec w wawelski podwórzec i czekał, kto go podejmie. Jan Tęczyński nie pofatygował się osobiście, ale wysłał jednego ze swoich sług, czym uczynił afront Zborowskiemu. Na tym tle doszło do zwady, podczas której zmarł uderzony w głowę czekanem kasztelan przemyski, a Zborowskiego skazano a banicję. Udał się wówczas na dwór siedmiogrodzki księcia Batorego. Gdy ten został wybrany na króla Polski, nie bez poparcia możnej rodziny Zborowskich, Samuel wrócił z monarchą na tereny Rzeczpospolitej i jako hetman kozacki brał udział w wojnie z Rosją. Starał się uzyskać od Batorego ułaskawienie i prawo przebywania w granicach Polski. Król decyzję odkładał, mimo że wiele Samuelowi zawdzięczał. Gdy, nie zważając na wiszący nad nim wyrok, Zborowski wjechał do Małopolski, decyzją możnego kanclerza Jana Zamoyskiego został pochwycony i stracony poprzez obcięcie głowy. Trzeba pamiętać, jak ważną kwestią była wówczas wolność szlachecka, która być może została wówczas naruszona. Kto w tej sprawie miał rację, a kto nie? – sympatia poety jest po stronie Zborowskiego.
Jednak nie to jest w tej książce najistotniejsze. Historia jest tylko pretekstem do postawienia wielu ważnych pytań i wyrażenia kilku ważkich tez - od podjęcia tych kwestii parający się piórem w Polsce zdecydowanie uciekają. Jedną z nich jest podstawa wolności człowieka, czyli prawo do wypowiedzenia posłuszeństwa władzy, jeśli władza ta przekracza swoje uprawnienia i łamie prawo. Prawo to zostało zawarte w artykułach henrykowskich, którym wierność musieli zaprzysięgać wszyscy elekcyjni królowie w Polsce. Rymkiewicz uważa je za fundamentalne prawo każdego człowieka. (Jakim wspaniałym dysonansem dla tej konstatacji okazuje się wypowiedź Lecha Wałęsy zachęcająca, by pałować protestujących.)
Kolejną kwestią jest pytanie o zakres tolerancji, którą Polska poszlachecka lubi się szczycić. Rymkiewicz pyta nas wprost, roztrząsając spory różnowiercze szesnastowiecznej Polski, czy i dziś powinniśmy godzić się na różnorakość wyznań? Czy meczet stojący obok naszego domu powinien nam naprawę nie przeszkadzać? Rymkiewicz pozbawia nas też złudzeń w kwestii kultury szlacheckiej – oczywiście, przyznaje herbowym przodkom, że byli bardzo bogaci, że niczego im nie brakowało w porównaniu np. do arystokracji i szlachty francuskiej, ale pokazuje ich jako samowolnych i dzikich, bo - jak twierdzi - bez tej dzikości nie mogliby swej wolności skutecznie bronić. Zarzuca też, że zamiast cywilizować zachód (cóż za cudowna idea!), Polacy rozpraszali swą energię, niosąc cywilizację na wschód – wbrew naturalnemu, zdaniem Rymkiewicza, kierunkowi cywilizacyjnego przenikania.
Można z tezami Rymkiewicza się nie utożsamiać, ale są to kwestie, o których koniecznie trzeba dyskutować i od których nie można uciekać, jeśli chcemy zachować tożsamość i świadomość narodową.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)